Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.

piątek, 24 maja 2013

Photo Fringe: Polaroid Gigante

Moja re­la­cja z fo­to­gra­fią jest trud­na. O ile wie­le gra­ficz­nych spo­so­bów wy­ra­zu ła­pię bez więk­sze­go pro­ble­mu, o tyle z fo­to­gra­fią mam pro­blem. Pró­bu­ję się na­uczyć, ale nie wy­cho­dzi. Moim ostat­nim od­kry­ciem jest lomo, któ­re po­zwa­la mi wresz­cie spu­ścić z tonu, prze­stać uwa­dać, że po­tra­fię zro­bić mo­ją lu­strzan­ką wy­bit­ne fo­to­gra­fie, a za­cząć po pro­stu utrwa­lać wspo­mnie­nia.

Dla­te­go za­in­te­re­so­wa­ła mnie wy­sta­wa Po­la­ro­id Gi­gan­te w ra­mach pierw­szej edy­cji Kra­ków Pho­to Frin­ge. Czu­ję, że Po­la­ro­id to ma­szyn­ka, z któ­rą mo­gła­bym się za­przy­jaź­nić. A jed­nak zdję­cia wy­sta­wio­ne w ga­le­rii A1 (ul. Ka­no­ni­cza 1, pro­sto, w lewo i po schod­kach w dół) da­le­kie są od ama­torsz­czy­zny. Ma­ją wa­lor do­ku­men­ta­cyj­ny w tym sen­sie, że bar­dzo sil­nie sku­pia­ją się na obiek­tach. W przy­pad­ku zdjęć Che­my Ma­do­za czy przy­po­mi­na­ją­cych przed­sta­wie­nia mar­twej na­tu­ry ni­czym spod pędz­la ni­der­landz­kich mi­strzów fo­to­gra­fii Ma­nu­ela Vi­la­ri­no czy wresz­cie igra­ją­cych z gra­wi­ta­cją pra­cach Ouki Le­ele fi­zycz­ność, na­ma­cal­ność obiek­tów jest na pierw­szym pla­nie. Jed­nak oświe­tle­nie i kom­po­zy­cja, choć cza­sem uda­ją przy­pad­ko­we, są pie­czo­ło­wi­cie usta­wio­ne.



Kie­dy zo­ba­czy­łam te zdję­cia w po­tę­znym for­ma­cie (50x60 cm) ze wspa­nia­łym świa­tłem (Ma­doz, Vi­la­ri­no) ge­nial­ną pra­cą z mo­de­lem (Ri­car­do Mar­tin) czy in­try­gu­ją­cą fak­tu­rą (Ro­ber­to Chi­char­ro) za­czę­łam się za­stan­wiać, jak moż­na osią­gnąć taki efekt tak ma­łym apa­ra­ci­kiem. I przede wszyst­kim: jak z cze­goś tak ma­łe­go dru­ko­wać tak wiel­kie od­bit­ki? Szyb­ka kwe­ren­da zmie­ni­ła moje na­sta­wie­nie. Apa­ra­cik nie jest ma­ły. Jest gi­gan­tycz­ny. W pew­nym sen­sie przy­po­mi­na pierw­szy kom­pu­ter. Po­dob­no jest ich tyl­ko pięć na świe­cie. Je­den z nich jest w po­sia­da­niu no­wo­jor­skie­go stu­dia, któ­re swo­ją na­zwę wzię­ło wła­śnie od wy­mia­rów od­bi­tek. Do No­we­go Jor­ku da­le­ko, ale wy­sta­wę moż­na obej­rzeć bli­sko, w Kra­ko­wie jesz­cze przez kil­ka dni.

Foto: l.amont (Flickr)

Polaroid Gigante 50x60
Galeria A1 Inst. Hist. Arch. i Kons. Zab. PKWA
ul. Kanonicza 1
07.05–31.05

wtorek, 16 kwietnia 2013

Miejsce do pracy

Na co dzień więk­szość cza­su po­świę­co­ne­go pra­cy spę­dzam w agen­cji. Mamy open spa­ce, któ­ry ma mnó­stwo za­let, ale nie brak mu też wad. Moż­na się po­śmiać, a memy roz­prze­strze­nia­ją się bły­ska­wicz­nie. Z dru­giej stro­ny trud­no się sku­pić, gdy ktoś aku­rat po raz sie­dem­na­sty od­słu­chu­je tej sa­mej ra­diów­ki. Kie­dy kich­nę, dwa­dzie­ścia osób od­krzy­ku­je mi „na zdro­wie”. Wię­cej niż dwie oso­by roz­ma­wia­ją­ce w tym sa­mym cza­sie przez te­le­fon nie wcho­dzą w grę. Je­śli nie jest się pew­nym ja­kie­goś roz­wią­za­nia, moż­na prze­pro­wa­dzić szyb­ki test ko­ry­ta­rzo­wy (co jest za­rów­no za­le­tą, jak i wa­dą).

Pra­ca w domu jest trud­niej­sza. Niby mam spo­kój, nikt mi nie prze­szka­dza (po­za ko­tem, któ­ry lubi sie­dzieć na ta­ble­cie, gryźć nici in­tro­li­ga­tor­skie i zrzu­cać przed­mio­ty ze sto­łu). Z dru­giej stro­ny ko­niecz­ność zmie­nia­nia ma­łe­go po­ko­ju dzien­ne­go w biu­ro, stu­dio fo­to­gra­ficz­ne, pra­cow­nię in­tro­li­ga­tor­ską i bóg wie co jesz­cze jest do­syć kło­po­tli­we. To wszyst­ko spra­wia, że trud­no mi wy­brać, gdzie wo­lę pra­co­wać. Zda­rza mi się przyjść do pra­cy wcze­śniej, że­by po­pra­co­wać w agen­cji (ta­blet In­tu­osa i roz­sąd­nych roz­mia­rów mo­ni­tor to nie­za­prze­czal­ne za­le­ty), ale też bio­rę cza­sem pra­cę do domu, że­by móc po­my­śleć w sku­pie­niu.

Nie raz i nie dwa zda­rza­ło mi się ma­rzyć ze zna­jo­my­mi o faj­nej prze­strze­ni, w któ­rej róż­ni lu­dzie mo­gli­by pra­co­wać: po­ma­gać so­bie na­wza­jem, ale nie prze­szka­dzać. Za­wsze w ta­kich chwi­lach przy­wo­ły­wa­li­śmy no­wo­jor­skie Stu­dio Ma­tes. Od paru lat w Pol­sce roz­kwi­ta­ją ta­kie prze­strze­nie co­-wor­kin­go­we pod ta­ki­mi ha­sła­mi jak Fa­bLab czy Hac­ker­spa­ce. A w Kra­ko­wie bu­du­je się Wy­twór­nia. Je­stem nie­sa­mo­wi­cie pod­eks­cy­to­wa­na. Ma być wspól­na prze­strzeń, pro­fe­sjo­nal­ne wy­po­sa­że­nie (dru­kar­ka 3D!) bę­dzie współ­pra­ca, warsz­ta­ty, pro­mo­cja twór­ców i wej­ście na kar­net. Mo­że wy­ro­śnie mi pod bo­kiem ide­al­ne miej­sce do pra­cy?

Bardziej rzeczowe informacje i wypowiedzi założycieli są tutaj.

Zdjęcie podprowadzone stąd.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Ligatura „Th”

Zwy­kle dzie­lę li­ga­tu­ry we­dług kry­te­riów funk­cjo­nal­nych, to jest na ob­li­ga­to­ryj­ne i es­te­tycz­ne. Te dru­gie zwy­kłam trak­to­wać jak al­ter­na­cje kon­tek­sto­we. Mo­gą faj­nie wy­glą­dać w wy­bu­ja­łym ty­tu­le czy na okład­ce ma­ga­zy­nu ko­bie­ce­go. Te pierw­sze do dla mnie li­ga­tu­ry ję­zy­ko­we (nor­we­skie æ to jed­nak co in­ne­go niż ae), a tak­że li­ga­tu­ry, któ­re w nie­któ­rych kro­jach wy­mu­sza­ne są przez prze­wiesz­ki (tu kla­sycz­ny przy­kład fi, w któ­rym gór­na część f skle­ja się z krop­ką nad i) – ta gru­pa po­win­na być do­myśl­nie włą­czo­na.

Zwra­ca­no nam na AK­T-cie uwa­gę na frag­ment Ele­men­ta­rza sty­lu, w któ­rym Brin­ghurst za­uwa­ża, że w pi­smach z se­rii Ado­be Ori­gi­nal au­to­ma­tycz­nie dzia­ła też li­ga­tu­ra Th. Wy­bór Ro­ber­ta Slim­ba­cha (bo to on od­po­wia­da w du­żej mie­rze za ta­ką de­cy­zję) dys­ku­to­wa­li cie­ka­wie użyt­kow­ni­cy Ty­po­phi­le tutu, zwracając między innymi uwagę na kwestię wersalików i ka­pitalików. Wszyst­ko to wzbu­dzi­ło u mnie nie­chęć do rze­czo­nej li­ga­tu­ry, za­pew­ne na za­sa­dzie: sko­ro coś jest kon­tro­wer­syj­ne, to le­piej tego uni­kać. Ostat­nio jed­nak od­ko­pa­łam zdję­cie, któ­re zro­bi­łam w kruż­gan­kach De­an's Yard w West­min­ster Ab­bey.

Mo­że li­ga­tu­ra Th nie na­da­je się do tek­stu cią­głe­go, ale po­tra­fi być wspa­nia­ła i ma­je­sta­tycz­na, je­śli sto­su­je się ją do epi­gra­fów, a za­pew­ne też w ozdob­nych pi­san­kach (przy­kład tu­taj) lub w ka­li­gra­fii.