Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.

środa, 21 maja 2014

Typo Berlin 2014

Lu­bię słu­chać lu­dzi, któ­rzy opo­wia­da­ją o czymś istot­nym, co wy­da­rzy­ło się w ich ży­ciu – tak­że w ży­ciu za­wo­do­wym. Dla­te­go po­tra­fię spę­dzić go­dzi­ny prze­glą­da­jąc na­gra­nia z TED Talks czy Cre­ati­ve Mor­nings i z tego sa­me­go po­wo­du zde­cy­do­wa­łam się znów po­je­chać na TYPO Ber­lin. Jest wśród tych nagrań taki typ wy­stą­pień, któ­re lu­bię naj­bar­dziej i któ­re naj­le­piej na­da­ją się do wy­gła­sza­nia przed du­żą pu­blicz­no­ścią. Na­zy­wam je laj­fstaj­lo­wy­mi, bo mó­wią, jak żyć i pra­co­wać, że­by ro­bić to do­brze. Mo­że się wy­da­wać, że są ma­ło przy­dat­ne, ale – umów­my się – ucze­nie pro­gra­mo­wa­nia 500–o­so­bo­wej gru­py też szcze­gól­nie do­brych skut­ków nie przy­nie­sie.



Wy­stą­pie­nie Da­nie­la Gjøde (a po czę­ści tak­że to co mó­wi­li Holm Frie­beHar­ry Kel­ler) za­zna­cza pe­wien istot­ny zwrot w śro­do­wi­sku. Ze­wsząd sły­szę, jak lu­dzie nie­mal z cier­pięt­ni­czą du­mą opo­wia­da­ją o tym, jak du­żo pra­cu­ją, o tym, że je­śli czło­wiek na­praw­dę ko­cha, to co robi, to tak na­praw­dę mo­że pra­co­wać bez prze­rwy. Da­niel na przy­kła­dzie roz­wo­ju wła­snej fir­my po­ka­zy­wał, jak za­bój­cze dla biz­ne­su ale i dla ludz­kie­go sa­mo­po­czu­cia jest cią­głe dą­że­nie do zwięk­sze­nia pro­duk­tyw­no­ści. „I­le razy zda­rzy­ło się wam my­śleć «Och, gdy­bym miał jesz­cze ty­dzień, mógł­bym po­cią­gnąć ten pro­jekt w ta­ką czy in­ną stro­nę­?»” – py­tał. I mó­wił, że wów­czas na­le­ży dać pro­jek­tan­to­wi ten ty­dzień. Nie ukry­wał też pew­nych eko­no­micz­nych aspek­tów, któ­re po­zwa­la­ją mu na sto­so­wa­nie ta­kie­go mo­de­lu biz­ne­so­we­go – za­trud­nia lu­dzi za­raz po stu­diach, bo ma­ją mniej­sze wy­ma­ga­nia fi­nan­so­we, dzię­ki cze­mu nie ma pre­sji, by star­to­wać w bez­płat­nych prze­tar­gach i zdo­by­wać tylu klien­tów, ilu się da.



W ku­lu­arach da­ło się sły­szeć opi­nie, że co­raz wię­cej wy­stą­pień re­kla­mu­je (i to co­raz bar­dziej agre­syw­nie) ja­kiś pro­dukt da­ne­go mów­cy i pro­jek­tan­ta. Gra­ni­ca jest tu do­syć cien­ka. Je­śli za­pra­szam ko­goś na kon­fe­ren­cję, to pew­nie ro­bię to ze wzglę­du na rze­czy, któ­re ten czło­wiek osią­gnął. Nic więc dziw­ne­go, że wy­stą­pie­nie do­ty­czy książ­ki czy ma­ga­zy­nu i przed­sta­wia pro­ces ich po­wsta­wa­nia. Pe­ter Bi­ľak, mó­wiąc o swo­im ma­ga­zy­nie Works That Work, pre­zen­to­wał idee znacz­nie bar­dziej uni­wer­sal­ne: jak zmia­ny w świe­cie wy­daw­ni­czym do­pro­wa­dzi­ły do mar­gi­na­li­za­cji czy­tel­ni­ka i jak wą­skie jest ro­zu­mie­nie pro­jek­to­wa­nia. Po­dob­nie o swo­ich książ­kach mó­wił Jo­ost Gro­otens, któ­ry po­ka­zał, że naj­nud­niej­szą część pu­bli­ka­cji (czy­li in­deks) moż­na zmie­nić w część naj­cie­kaw­szą, któ­ra po­zwo­li prze­glą­dać al­bum w nie­li­ne­ar­ny spo­sób i za­pew­ni zu­peł­nie nowe spo­so­by spoj­rze­nia na treść.




Obu wspo­mnia­nych wy­stą­pień – po­dob­nie jak wy­kła­du Pau­la van der La­ana – słu­cha­ło się bar­dzo do­brze. To nie przy­pa­dek, wszy­scy pra­cu­ją tak­że jako wy­kła­dow­cy aka­de­mic­cy i po­tra­fią w ja­sny spo­sób ob­ja­śniać pro­ce­sy. Nie­ste­ty nie wszy­scy za­pro­sze­ni go­ście mo­gli się po­chwa­lić po­dob­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi. Zda­rzy­ło mi się z przy­kro­ścią wy­cho­dzić z sali. Nie chcia­łam, że­by kiep­ska zna­jo­mość an­giel­skie­go czy fa­tal­nie skon­stru­owa­ny wy­kład ze­psuł­y mi do­brą opi­nię o pro­jek­tan­cie, któ­re­go pra­ce po­dzi­wiam.



Bar­dzo do­brze wy­pa­dło wy­stą­pie­nie Mu­zeum Neo­nu. Tego typu pre­zen­ta­cje ma­ją du­żą szan­sę prze­ro­dzić się w prze­gląd slaj­dów, jed­nak Da­vid Hill i Ilo­na Kar­wiń­ska mie­li nie tyl­ko świet­ne fo­to­gra­fie do po­ka­za­nia (zo­ba­czyć mia­sto oświe­tlo­ne neo­na­mi to jest co­ś!), ale też du­żo do po­wie­dze­nia o spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym neo­ny funk­cjo­no­wa­ły. To zaś jest do­brym punk­tem wyj­ścia do roz­mo­wy o tym, jak to się sta­ło, że na­sze spo­łe­czeń­stwo do­pro­wa­dzi­ło do za­la­nia miast re­kla­ma­mi i co mo­że­my zro­bić, że­by te mia­sta od­zy­skać.



Oprócz wy­kła­dów kon­fe­ren­cja mia­ła do za­ofe­ro­wa­nia spo­ro in­nych atrak­cji. We foy­er nie­ustan­nie trwa­ły ja­kieś warsz­ta­ty, głów­nie ka­li­gra­ficz­ne (kan­ce­la­re­ska, ka­li­gra­fia he­braj­ska i cal­li­gra­phic let­ter abs­trac­tion Dru­ry­’e­go Bren­na­na, któ­ry w ze­szłym roku ozdo­bił szy­by Haus der Kul­tu­ren der Welt, gdzie od­by­wa się TYPO). Sklep z pu­bli­ka­cja­mi po­świę­co­ny­mi pro­jek­to­wa­niu był nie­ustan­nie ob­lę­żo­ny. Wy­sta­wa książ­ki ho­len­der­skiej za­chę­ca­ła po­roz­sta­wia­ny­mi tu i ów­dzie krze­seł­ka­mi – moż­na by­ło spo­koj­nie usiąść i oglą­dać (zaz­drosz­czę Ho­len­drom pa­pie­ru, na­praw­dę, pra­co­wać z my­ślą o ta­kich ma­te­ria­łach i ta­kiej ja­ko­ści wy­ko­na­nia to musi być przy­jem­ność). Na dol­nym pię­trze moż­na by­ło po­ba­wić się po­wie­la­czem cy­fro­wym riso albo obej­rzeć wy­sta­wę pik­to­gra­ficz­nych pla­ka­tów Yang Liu. Te do­dat­ko­we atrak­cje do­stęp­ne by­ły za dar­mo dla każ­de­go (tak, tak, bez wy­ku­py­wa­nia wej­ściów­ki). Po­dob­nie dzie­je się prę­dzej czy póź­niej z wie­lo­ma wy­kła­da­mi – lą­du­ją na blo­gu TYPO i moż­na je spo­koj­nie obej­rzeć, nie mar­nu­jąc wcze­śniej ośmiu go­dzin w Pol­skim Bu­sie.



Czy wy­bio­rę się na TYPO w przy­szłym roku? Trud­no po­wie­dzieć. Je­dy­ną uni­kal­ną war­to­ścią tej kon­fe­ren­cji jest moż­li­wość spo­tka­nia z ludź­mi. Moż­na też po­wie­dzieć, że TYPO in­spi­ru­je, za­chę­ca do pój­ścia w no­wym kie­run­ku. Pew­nie dla­te­go tak wie­lu uczest­ni­ków to mło­dzi lu­dzie (i mó­wię tu też o so­bie). W ten spo­sób two­rzy się jed­nak pew­na prze­paść po­mię­dzy wiel­ki­mi na­zwi­ska­mi, któ­re wy­cho­dzą na sce­nę, a rze­szą uczest­ni­ków. Co z tego, że mo­gę po­dejść do Da­vi­da Car­so­na? Wła­ści­wie nie mamy o czym roz­ma­wiać, tyl­ko hołd mu moż­na zło­żyć, jak to traf­nie ujął Ro­bert. Dla­te­go je­śli przy­ja­dę jesz­cze kie­dyś w maju do Ber­li­na, to nie dla wy­kła­dów, ale dla warsz­ta­tów – że­by na­ry­so­wać kil­ka li­ter i usły­szeć roz­sąd­ne wska­zów­ki albo że­by spró­bo­wać no­wych na­rzę­dzi ka­li­gra­ficz­nych.

sobota, 3 maja 2014

Nowa Alicja

Mia­łam w domu ro­dzin­nym ta­kie sta­re wy­da­nie obu to­mów (du­żo po­wie­dzia­ne o tych chu­dych ksią­żecz­kach) Ali­cji w Kra­inie Cza­rów Czy­tel­ni­ka. For­mat mó­wił, że to książ­ka dla dzie­ci, a ilu­stra­cje – że to coś bar­dzo waż­ne­go, bo ry­ci­ny w tym sa­mym sty­lu by­ły w bab­ci­nej Bi­blii. Taki wła­śnie był mój dzie­cię­cy od­biór tych ilu­sta­cji – to by­ła po­waż­na Ali­cja z Wiel­ką Gło­wą, jak za­czę­łam ją z cza­sem na­zy­wać, nie do koń­ca spra­wie­dli­wie, bo u Ten­nie­la wszy­scy ma­ją wiel­kie gło­wy.

John Tenniel i jego wiktoriańskie postaci z wielkimi głowami


Przez dłu­gi czas dzie­więt­na­sto­wiecz­ne ry­ci­ny sta­no­wi­ły dla mnie wzór ry­sun­ku, by­ły dla mnie jak aka­de­mizm dla osiem­na­sto­wiecz­nych stu­den­tów ma­lar­stwa. Zma­ga­łam się z piór­kiem i tu­szem, że­by stwo­rzyć po­dob­ny efekt. Z cza­sem oczy­wi­ście mi prze­szło, ale dziw­ny re­spekt dla ilu­stra­cji Ten­nie­la po­zo­stał.

Dla­te­go wy­da­nie Ali­cji z pra­ca­mi Tove Jans­son ode­bra­łam nie­mal jak pro­fa­na­cję – tro­chę jak wy­da­nia Ma­łe­go Księ­cia z ilu­stra­cja­mi in­ny­mi niż w ory­gi­na­le. Za­przy­jaź­nio­ny Fu­tu­ro­nau­ta pra­co­wał w tym cza­sie w Bo­nie, więc i ja za­glą­da­łam tam czę­ściej, co pe­wien czas rzu­ca­jąc okiem na tę dziw­ną Ali­cję, w któ­rej Kró­lik wy­glą­da jak Ry­jek, a Ka­pe­lusz­nik jak Włó­czy­kij. W koń­cu ku­pi­łam. Te­raz nie mo­gę się na­pa­trzeć. Jest w ry­sun­kach Jans­son to za co za­wsze ko­cha­łam Sem­pe­go: te drob­ne niu­an­se w min­kach po­sta­ci (u nie­go – chłop­ców z Mi­ko­łaj­ka, u niej – wszyst­kich tych roz­kosz­nych zwie­rzą­tek). Niby dwie kre­ski na krzyż, ale jak pre­cy­zyj­nie po­sta­wio­ne!



Po­lu­bi­łam też for­mat. Ma­ła ksią­żecz­ka ja­kimś cu­dem (to zna­czy cu­dem skła­du) się roz­ro­sła. Mam więc te­raz swo­ją Ali­cję dla do­ro­słych. A mo­że kie­dy się ze­sta­rze­ję i ste­try­cze­ję, to „mo­ją” Ali­cją sta­nie się ja­kieś wy­da­nie z ilu­stra­cja­mi Me­rvy­na Pe­ake­’a?

Mervyn Peake i jego groteskowe (acz pocieszne) stwory w mrocznym świecie

piątek, 3 stycznia 2014

Listy Gurgulów, czyli o przyjemnościach redaktora

W świe­cie, gdzie każ­dy mo­że dru­ko­wać, co chce i kie­dy chce, pra­ca z ludź­mi, któ­rzy nie bo­ją się wie­lo­krot­nych po­pra­wek, któ­rzy py­ta­ją i pro­szą o wy­ja­śnie­nie, jest praw­dzi­wym luk­su­sem. Chy­ba dla­te­go lu­bię pra­cę przy książ­kach. Ca­ły pro­ces jest na tyle dłu­gi, że kie­dy publikacja uka­zu­je się wresz­cie dru­kiem, moż­na po­czuć sa­tys­fak­cję.

Na co dzień zaj­mu­ję się pro­jek­to­wa­niem gra­ficz­nym i DTP, od słów są ko­pi­raj­te­rzy i ko­rek­to­rzy. Jed­nak po go­dzi­nach i mnie zda­rza się usiąść na fo­te­lu re­dak­to­rskim (o­czy­wi­ście to tyl­ko prze­no­śnia, nie mam żad­ne­go fo­te­la, tyl­ko odra­pa­ne przez koty krze­sło HAR­RY).

Pra­ca nad li­sta­mi Ka­zi­mie­rza i Ja­ni­ny Gur­gu­lów by­ła dla mnie wy­jąt­ko­wym do­świad­cze­niem. Po pierw­sze, to zwy­czaj­nie wzru­sza­ją­ca hi­sto­ria. Rok 1939, Wie­licz­ka. Bohaterowie są mał­żeń­stwem za­le­d­wie od roku, pierw­sze (i jak się oka­że – je­dy­ne) dziec­ko w dro­dze. Za­czy­na się woj­na, on przy­wdzie­wa mun­dur i ru­sza na front. Tra­fia do Wę­gier, gdzie jest na­uczy­cie­lem i pra­cu­je w kon­spi­ra­cji. Du­żo do sie­bie pi­szą. Po­tem na Wę­gry wkra­cza­ją woj­ska Rze­szy. Aresz­to­wa­nie, obóz, eg­ze­ku­cja. Po dru­gie, to wy­zwa­nie. Po­ja­wia się od­wiecz­na kwe­stia: mo­der­ni­zo­wać czy nie mo­der­ni­zo­wać. Są nie­ja­sno­ści, któ­re wy­ni­ka­ją z trans­kryp­cji: czy fak­tycz­nie Ka­zi­mierz na­pi­sał, że musi „zasz­pa­no­wać” czy cho­dzi­ło mu ra­czej o „zasz­pa­ro­wać” (jak do dziś mó­wi się w nie­któ­rych re­jo­nach Ślą­ska – od nie­miec­kie­go spa­ren, które zna­czy „osz­czę­dza­ć”). Po trze­cie, na ile in­ge­ro­wać w język au­to­rek opra­co­wa­nia: styl ma tu pra­wo być pod­nio­sły, bo opo­wia­da­ją swo­ją hi­sto­rię ro­dzin­ną, ale czy nie wpa­da on mo­men­ta­mi w śmiesz­ność?

A po­tem przy­cho­dzi czas na ko­rek­tę skła­du i ten mo­ment, kie­dy tak na­praw­dę wi­dzi się projekt po raz pierw­szy. Choć uczest­ni­czy­łam w roz­mo­wie, pod­czas któ­rej za­pa­da­ły de­cy­zje do­ty­czą­ce kształ­tu książ­ki (w tym tak­że for­my gra­ficz­nej), to pra­ca Ka­ro­li­ny i tak zro­bi­ła na mnie wra­że­nie. Set­ki przy­pi­sów zo­sta­ły upo­rząd­ko­wa­ne w ele­ganc­ki i przej­rzy­sty spo­sób, tak że sta­ły się nie­mal or­na­men­tem, nie tra­cąc przy tym jednak funk­cjo­nal­no­ści.

Po­tem zo­sta­je już tyl­ko dru­kar­nia. Naj­chęt­niej oglą­da­ło­by się wszyst­ko przy świe­tle dzien­nym, ale w zi­mie o 18.00 tro­chę o nie trud­no. Jesz­cze trze­ba po­nę­kać tro­chę dru­ka­rza („Moż­na do­mie­szać tro­chę cy­ja­nu? Ten żół­ty musi być tro­chę chłod­niej­szy­.”) i moż­na ode­tchnąć z ulgą, za­nim sią­dzie się do na­stęp­ne­go pro­jek­tu.