Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.

środa, 12 września 2012

Mistrz Urbański i wspominki

By­łam chy­ba na po­cząt­ku dru­gie­go roku stu­diów, cho­dzi­łam na za­ję­cia z po­li­gra­fii do mo­jej póź­niej­szej pro­mo­tor­ki i od­kry­wa­łam cza­so­pi­sma bran­żo­we. Ja­koś w tym cza­sie uka­zał się w 2+3D ar­ty­kuł Mag­da­le­ny Fran­kow­skiej o Le­onie Urbań­skim. Kil­ka dni póź­niej na nie­ist­nie­ją­cych już sto­iskach bu­ki­ni­stów na kra­kow­skim dwor­cu zna­la­złam Wier­sze o książ­kach z 1963. Bi­blio­fil­ski druk wła­śnie Urbań­skie­go, któ­ry na­by­łam za śmiesz­ne pie­nią­dze. I ab­so­ult­nie za­ko­cha­łam się w kla­sycz­nej es­te­ty­ce.




1. Ca­ło­ścio­we opra­co­wa­nie pro­jek­tu.
Po pierw­sze Urbań­ski ta­ką sa­mą wa­gę przy­wią­zy­wał do wszyst­kich ele­men­tów książ­ki. D. Wró­blew­ska już w 1965 roku pi­sa­ła: „bar­dzo go ją­trzy czę­sty u nas roz­ziew po­mię­dzy kla­są okład­ki i wnę­trza ty­po­gra­ficz­ne­go ksią­żek, bo jest prze­ciw­ny fa­sa­do­wo­ści i ła­twe­mu zdob­nic­twu. (…) Kon­cep­cja książ­ki (…) roz­cią­ga [się] na gru­bość i ko­lor pa­pie­ru, kro­je pi­sma, ga­tu­nek or­na­men­tu, prze­ryw­ni­ka i ilu­stra­cji, pro­por­cje i ko­lor.”1 W aneg­do­cie stu­den­tów ASP prze­cho­wał się ob­raz pro­fe­so­ra re­gu­lu­ją­ce­go świa­tło w skła­dzie ręcz­nym za po­mo­cą pa­sków pa­pie­ru (świa­tła jed­no­punk­to­we by­ły dla nie­go za sze­ro­kie­)2. Prze­kła­da­ło się to tak­że na jego spos.b my­śle­nia o re­la­cji tre­ść-for­ma. An­drzej He­idrich wspo­mi­na: „Nie zno­sił mó­wie­nia o zdo­bie­niu książ­ki, twier­dził, że książ­ka po­wsta­je jako pro­dukt in­te­gral­ne­go my­śle­nia o tek­ście, za­war­to­ści i kształ­cie­.”3

Po dru­gie ca­ło­ścio­wość uję­cia obej­mu­je tak­że nad­zór nad re­ali­za­cją pro­jek­tu. Wró­blew­ska no­tu­je, że Urbań­ski sam był tak­że pa­pier­ni­kiem, stąd jego do­sko­na­ła zna­jo­mość tej ma­te­rii, po­zwa­la­ją­ca mu na oso­bi­sty do­bór pa­pie­ru do każ­dej pu­bli­ka­cji.

2. Nurt kla­sycz­ny.
Do ta­kiej szko­ły za­li­cza ar­ty­stę Mag­da­le­na Fran­kow­ska. Pi­sze ona: „ty­po­gra­fia kla­sycz­na r.wno­znacz­na jest z kom­po­zy­cją na osi i sto­so­wa­niem kro­jów pism po­cho­dze­nia re­ne­san­so­we­go i ba­ro­ko­we­go.” Za­zna­cza jed­nak wy­raź­nie, że ta­kie pro­jek­to­wa­nie nie ozna­cza wca­le ko­pio­wa­nia daw­nych wzo­rów, ale ich twór­cze roz­wi­ja­nie. O wa­dze, ja­ką Leon Urbań­ski przy­wią­zy­wał do hi­sto­rii książ­ki, pi­szą tak­że inni: „Ur­bań­ski ko­chał i ro­zu­miał for­mę hi­sto­rycz­ną. (…) Re­ne­sans był jego wy­zna­niem wia­ry. Dru­kar­stwo wło­skie, zwłasz­cza we­ne­cjań­skie, z jego czy­stą an­ty­kwą i eks­pre­sją ita­li­ki, a tak­że bu­do­wą tam­tej­szych ksią­żek, miał za wyj­ścio­we. Lu­bił i póź­niej­sze fran­cu­skie­.”4



Wier­sze o książ­kach to spo­re wy­zwa­nie pro­jek­to­we. Trze­ba po­ra­dzić so­bie z róż­no­rod­no­ścią ma­nier po­etyc­kich po­szcze­gól­nych au­to­rów – roz­spa­cjo­wa­niem u Nor­wi­da, pau­za­mi u Wy­spiań­skie­go, róż­ną dłu­go­ścią wier­szy i wer­sów. Każ­dy utwór po­etyc­ki ma bo­wiem in­ną sza­rość. Tę in­dy­wi­du­al­ność trze­ba za­cho­wać, ale trze­ba tak­że pod­po­rząd­ko­wać ją ja­kiejś na­czel­nej re­gu­le or­ga­ni­zu­ją­cej ca­łą an­to­lo­gię i sta­no­wią­cą o spój­no­ści tomu. Dru­gim pro­ble­mem jest za­pa­no­wa­nie nad kon­tra­stem, któ­ry wy­ni­ka z ze­sta­wie­nia „cięż­kie­go” tek­stu pro­za­tor­skie­go wstę­pu i „lek­kich” wer­sów po­ezji.



For­mat książ­ki jest zbli­żo­ny do kwa­dra­tu, a wy­kre­śle­nie ko­lum­ny bli­skie zło­te­mu po­dzia­ło­wi, choć nie­co więk­sze. Wier­sze są rów­na­ne do le­wej i środ­ko­wa­ne optycz­nie. Spój­ność pro­jek­to­wi za­pew­nia za­sto­so­wa­nie tyl­ko jed­ne­go kro­ju – Plan­ti­na – i to ogra­ni­czo­ne­go do kil­ku stop­ni. Tekst wstę­pu jest drob­niej­szy, wier­sze i spis tre­ści – więk­sze. Pa­pier w ko­lo­rze cha­mo­is świet­nie gra z umiesz­czo­ny­mi tu i tam cy­no­bro­wy­mi ak­cen­ta­mi. Or­na­men­tów jest nie­wie­le, do­mi­nu­je je­den w róż­nych kon­fi­gu­ra­cjach. Sto­so­wa­ny bar­dzo świa­do­mie, by wy­róż­nić lub od­dzie­lić, a nie dla ozdo­by.

Ko­lo­ry­sty­ka okład­ki i środ­ka są zgra­ne. Sym­bol pe­ga­za two­rzy klam­rę: po­ja­wia się za­rów­no na okład­ce pro­jek­tu, jak i w ko­lo­fo­nie. Ko­lo­fon na­to­miast pod­kre­śla wy­sma­ko­wa­nie dru­ku – nie sta­no­wi pro­ste­go wy­li­cze­nia jak stop­ka re­dak­cyj­na, ale pi­sa­ny jest tek­stem cią­głym.

Choć przy­glą­da­łam się tej książ­ce wie­le razy i wy­da­je mi się, że znam ten pro­jekt bar­dzo do­brze, to i tak czę­sto po nie­go się­gam, za mot­to bio­rąc sło­wa An­drze­ja To­ma­szew­skie­go: „A­by się uczyć od Le­ona Urbań­skie­go, na­le­ża­ło rów­nież uważ­nie stu­dio­wać jego dru­ki i pro­jek­ty. Ale na­praw­dę uważ­nie, bo do­pie­ro ana­li­za każ­de­go świa­tła, każ­de­go stop­nia pi­sma, spo­so­bu przed­sta­wia­nia i umiesz­cza­nia ilu­stra­cji, or­na­men­tu i in­nych de­ta­li kom­po­zy­cji ty­po­gra­ficz­nej po­zwa­la zro­zu­mieć, skąd się wzię­ły har­mo­nia ele­men­tów i wi­zu­al­ny ład.”5



1. D. Wróblewska, Leon Urbański, typograf, „Poligrafika” 1965, nr 8, s. 204–208.

2. J. Bokiewicz, Zamiast punktu, „Gazeta Wyborcza” – „Gazeta Książki”, 21 kwietnia 1998, przedruk w: Światło dała czarna sadza. Leon Urbański (1926-1998). Grafik. Typograf, red. A. Mieczyńska,
Warszawa 1997, s. 12–13.

3. A. Heidrich, Sztuka proporcji, w: Światło dała czarna sadza…, dz. cyt., s. 11 12.


4. A. Mieczyńska,
Leon i książka, w: Światło dała czarna sadza…, dz. cyt., s. 3 5

5. A. Tomaszewski, Hommage a Leon Urbański, „Wydawca” 1998, nr 5-6. Przedruk w: Światło dała czarna sadza…, dz. cyt., s. 20–23.

środa, 18 lipca 2012

Dodo i Cudowne dzieci

Naj­pierw zo­ba­czy­łam ich książki na wy­sta­wie Over­de­si­gned w ga­le­rii Zna­czy się. Po­tem ko­lo­ro­we okład­ki i nie­zwy­kłe grzbie­ty uwo­dzi­ły mnie w księ­gar­ni. W koń­cu do­sta­łam na uro­dzi­ny „Cu­dow­ne dzie­ci” Ja­cob­se­na. A te­raz je­stem o krok od klik­nię­cia w przy­cisk „do­daj do ko­szy­ka” na stro­nie Dodo Edi­tor, że­by za­mó­wić ko­lej­ne ich książ­ki. Bo Ja­cob­sen był nie tyl­ko ślicz­ny, ale i na­praw­dę do­bry.



Ak­cja „Cu­dow­nych dzie­ci” roz­gry­wa się w Oslo (a wła­ści­wie w jed­nym z jego miast sa­te­lic­kich – bo tak się tłu­ma­czy dra­bant­by, jak się dzię­ki tej książ­ce do­wie­dzia­łam) a wszyst­kie książ­ki, któ­re się tam dzie­ją ma­ją u mnie już plu­sa na wstę­pie. To jest dziw­na opo­wieść o dziw­nych lu­dziach. Albo ina­czej – o kształ­to­wa­niu się nor­my, o tym, co po­strze­ga­my jako nor­mal­ne. Punkt wi­dze­nia dziec­ka po­zwa­la na bar­dzo bez­po­śred­nie, po­zba­wio­ne uprze­dzeń po­dej­ście do te­ma­tu. Jest to też książ­ka o do­ra­sta­niu i o do­świad­cze­niach, któ­re czło­wie­ka w tym okre­sie kształ­tu­ją. Słod­ko gorz­ka, do­brze wy­wa­żo­na, nie po­pa­da­ją­ca za­nad­to ani w po­etyc­kość opi­su, ani w su­chość po­li­cyj­ne­go ra­por­tu.

Pro­jekt jest bar­dzo od­waż­ny – ty­po­gra­ficz­na okład­ka to nie tyl­ko za­jaw­ka tego, co w środ­ku. To po­czą­tek pierw­sze­go roz­dzia­łu. Ku­pi­łam ten za­bieg od razu: czy­tel­nik się­ga po książ­kę, za­czy­na czy­tać, co jest na okład­ce i już nie mo­że się ode­rwać. Nie­zwy­kły grzbiet, któ­ry po­ka­zu­je „w­nętrz­no­ści” opra­wy to na­praw­dę wy­god­na rzecz. Po­mi­mo tego, że okład­ka jest mięk­ka, to książ­kę otwie­ra się bar­dzo do­brze, stro­ny się nie za­my­ka­ją i książ­ka raz roz­ło­żo­na tak już bę­dzie le­żeć, do­pó­ki nie prze­rzu­ci­my ko­lej­nej stro­ny. Mój eg­zem­plarz jest też do­syć uda­ny, bo nie ma na grzbie­cie zbyt wie­lu gru­dek kle­ju. Dru­kar­nia Kno­wHow na­praw­dę wie, co robi.



środa, 11 lipca 2012

Salon literacki panny Iny

W ostat­nią nie­dzie­lę otwar­łam drzwi mo­je­go kra­kow­skie­go miesz­ka­nia dla przy­ja­ciół i zna­jo­mych, któ­rzy – po­dob­nie jak ja – są za­pa­lo­ny­mi czy­tel­ni­ka­mi. Każ­dy przy­niósł ze so­bą kil­ka ksią­żek (3 lub 4) na­stęp­nie na otrzy­ma­nej żół­tej kar­tecz­kach po­st-it stwo­rzył opi­sy przy­nie­sio­nych pu­bli­ka­cji. Po co? Chcia­łam zna­leźć ja­kiś do­bry spo­sób na po­wy­mie­nia­nie się książ­ka­mi, po­zna­nie tego, co czy­ta­ją zna­jo­mi oraz po­dy­sku­to­wa­nie o książ­kach w do­brej at­mos­fe­rze. I temu wła­śnie miał słu­żyć Sa­lon li­te­rac­ki pan­ny Iny.

Opa­trzo­ne opi­sa­mi książ­ki zo­sta­ły roz­miesz­czo­ne na moim dłu­ga­śnym sto­le i przy­stą­pi­li­śmy do czy­ta­nia. Każ­dy wy­brał so­bie jed­ną (nie swo­ją) pu­bli­ka­cję, zna­lazł wy­god­ne miej­sce do sie­dze­nia (fo­tel, łóz­ko, pod­ło­ga, bal­kon – gdzie kto so­bie ży­czył) że­by przy­stą­pić do czy­ta­nia. Ja na­sta­wia­łam sto­per na 30 mi­nut, po któ­rych koń­czy­ła się run­da czy­ta­nia. Wte­dy od­kła­da­li­śmy książ­ki, prze­cho­dzi­li­śmy do kuch­ni, że­by na­pić się mro­żo­nej her­ba­ty i opchać się tar­tą bro­ku­ło­wą albo sa­łat­ką. Roz­dział prze­strze­ni był waż­ny – za­le­ża­ło mi, że­by nikt nie zgła­szał za­ża­leń, że jego książ­ka zo­sta­ła za­la­na lub upać­ka­na.

Po pół­go­dzin­nej prze­rwie wra­ca­li­śmy do ksią­żek. W su­mie uda­ło się nam zro­bić pięć tur. Róż­no­rod­ność by­ła spo­ra – od Te­le­men­ta­rza gru­py Two­ży­wo, przez in­die ko­mik­sy, Ku­czo­ka, Co­uto, Vir­gi­nię Wo­olf po pod­ręcz­nik wa­rze­nia piwa. Du­żą po­pu­lar­no­ścią cie­szy­ły się Li­sty z po­dró­ży Čap­ka, John Dies at the End Da­vi­da Won­ga, re­por­ta­że z Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej Do­mo­sław­skie­go i ko­mik­sy o Bat­ma­nie. Pew­na część ksią­żek by­ła po an­giel­sku – nikt z uczest­ni­ków nie ma więk­szych pro­ble­mów z tym ję­zy­kiem, prze­ciw­nie – je­den jest Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry co praw­da ślicz­nie mó­wi po pol­sku, ale uro­ku prze­kła­du Ćwi­czeń sty­li­stycz­nych Qu­ene­au nie był­by w sta­nie do­ce­nić. Nie brakło też naprawdę złej literatury (Śmierć nadjechała Fiatem, Czarnoksiężnik z Lemurii).



Spo­tka­nie za­koń­czy­ło się czę­ścią bi­blio­tecz­ną. Za­opa­trzo­na w ko­lo­ro­we kar­tecz­ki i pu­deł­ko (z ręcz­nie czer­pa­ne­go pa­pie­ru z Dusz­ni­kó­w-Z­dro­ju) za­no­to­wa­łam kto, od kogo i co po­ży­cza. Ci, któ­rzy ksią­żek nie od­da­dzą, uka­ra­ni zo­sta­ną za­ka­zem wstę­pu na ko­lej­ne spo­tka­nia Sa­lo­nu.



Zdję­cia ro­bi­ła Al­do­na, z ukry­cia. Ja by­łam zbyt za­ję­ta czy­ta­niem i je­dze­niem, że­by o tym po­my­śleć.