wtorek, 9 sierpnia 2016
Nadal mnie tu nie ma
Od ostatniego razu opublikowałam kilka nowych tekstów: Trzy rzeczy, które mnie drażnią w książkach, Rozmowa z Przemkiem Zańką o czytaniu dla przyjemności, Typograf po filologii i Najfajniejsze sklepy papiernicze w Berlinie.
poniedziałek, 4 lipca 2016
Czas na zmiany czyli przeprowadzka
Od dłuższego czasu przebąkiwałam o przeprowadzce na Wordpressa i stało się. Od teraz wszystkie nowe posty będą pojawiać się na delibrium.pl. Będzie mi bardzo miło, jeśli o mnie nie zapomnicie i zdecydujecie się tam zaglądać. O newsach zawsze informuję też na Facebooku.
Ten blog pozostanie nieaktywny, ale będzie służył jako archiwum. Przy okazji przenosin pozbyłam się postów, których wartość merytoryczną oceniłam nisko. Ale tu wszystko zostaje bez zmian, gdyby naszła mnie tęsknota za naiwnymi czasami studenckimi, pierwszymi zachwytami i ekscytacją, która towarzyszyła mi kiedyś przy otwieraniu każdej nowej książki.
piątek, 18 marca 2016
Kłopoty z ligaturą [æ] w pismach kursywnych

Kiedy kilka lat temu chodziłam na zajęcia z kaligrafii, toczyliśmy z prowadzącym gorące dyskusje dotyczące najlepszych rozwiązań dla zapisu polskich znaków i dwuznaków. The Universal Penman Bickhama, Spencerian Penmanship ani inne popularne książki i wzorniki nie podają odpowiednich rozwiązań, bo nie były tworzone z myślą o języku polskim. Pamiętam, że gorąco sprzeciwiałam się oddzielaniu ogonków od liter, powołując się na teksty Adama Twardocha. Na szczęście w przypadku języka polskiego zawsze mogę też sięgnąć pamięcią do pisma szkolnego, którego z takim trudem uczyłam się w wieku lat sześciu, plamiąc ręce atramentem cieknącym z pióra chińskiego.
Zawsze myślałam, że polski alfabet jest najbardziej skomplikowany spośród tych opartych na alfabecie łacińskim. A potem spróbowałam napisać po norwesku jedno zdanie: Vår sære Zulu fra badeøya spilte jo whist og quickstep i min taxi.
Przygrywający w taksówce dziwaczny Zulus to norweski pangram, czyli tamtejsza wersja gęślej jaźni. Dla kaligrafa lub projektanta pism, który tworzy pismo kaligraficzne, najbardziej problematycznym znakiem jest tu dwudziesta siódma litera alfabetu norweskiego, czyli æ, która tak naprawdę jest ligaturą a oraz e. Choć znak ten pojawia się też w angielskim, to nie jest tam tak powszechny jak w norweskim. Wystarczy wspomnieć, że æ pojawia się choćby w słowie å være, które znaczy być. W niektórych dialektach już samo æ jest słowem (znaczy ja). Widać więc, że sprawa jest poważna.
W przypadku pism, w których a jest dwupoziomowe, nie ma żadnego problemu: znika laseczka przy a, zaś w jej miejsce pojawia się doklejone e. W całej ligaturze łatwo rozpoznać litery, z których została złożona. Dotyczy to zarówno krojów (Minion, Helvetica), jak i stylów kaligraficznych (minuskuła karolińska).
Co jednak zrobić, kiedy podstawowy kształt ma jeden poziom? Po usunięciu laseczki i dostawieniu e pojawia nam się ligatura niebezpiecznie przypominająca œ.
![]() |
| Neuzeit Grotesk, Futura PT, Bambusa, Guess |
Widzę dwa rozwiązania, żadne nie jest idealne. Pierwsze w pewnym sensie ignoruje problem. Glify æ i œ pozostają podobne, choć nie identyczne. Polega się tu głównie na zdolności odbiorcy do właściwego rozpoznania znaku na podstawie kontekstu. W norweskim takie podejście faktycznie może się sprawdzić, bo ligatura œ po prostu w nim nie występuje (dyftong ten zapisywany jest inaczej, o czym pisałam dawno temu). Trudniej może być jednak z francuskim czy innymi językami, które stosują oba znaki.
Druga metoda zakłada wykorzystanie w ligaturze æ dwupiętrowego a, nawet jeśli zwykłe a jest jednopiętrowe. W ten sposób przestaje być czytelna geneza znaku (połączenie a i e), wzrasta jednak jego czytelność. Czasem prowadzi to do powstania kształtów, które – choć nie pozbawione uroku – wydają się jednak obce pismu z natury pozbawionemu dwupiętrowego a, jak ostatnim z powyższych przykładów.
Jedyne, czego jestem w tej chwili pewna, to konieczność dobierania rozwiązań w zależności od języka. Po angielsku można sobie pozwolić na pisanie aesthetics zamiast æsthetics, ale już w przypadku norweskiego czy duńskiego raczej nie.
wtorek, 16 lutego 2016
Z otchłani zwanej multitaskingiem

Od jakiegoś czasu używam aplikacji Toggl, dzięki której mogę mierzyć, ile czasu zajmuje mi wykonanie danego zadania. Bardzo polecam. Po pierwsze, łatwo sprawdzić, ile w sumie poświęciliśmy na dany projekt/klienta. Po drugie, po jakimś czasie łatwiejsze staje się szacowanie, ile zejdzie nam na daną rzecz. Po trzecie wreszcie, można się sporo dowiedzieć o tym, w jaki sposób pracujemy.
Kiedy spoglądam na wyniki z kilku ostatnich dni widzę, że większości zadań poświęcałam maksymalnie pół godziny. Zdarzało mi się przełączać między 2–3 projektami co 20–30 minut, bo wszystko było do zrobienia na już. Nic dziwnego, że po całym dniu pracy jestem wykończona.
Żadne z wspomnianych kilkudziesięciominutowych zadań nie było szczególnie wymagające. Największym wysiłkiem jest samo przerzucanie się z jednego projektu do drugiego. Orientuję się, że wykonuję te same czynności po kilka razy. Czy sprawdzałam już, jak to się rozbarwia? Na wszelki wypadek sprawdzę jeszcze raz. Czytałam to już pod kątem literówek? Nie pamiętam, przeczytam jeszcze raz.
Przypomina to kopanie dołka na plaży. Jeśli w poniedziałek poświęcę 10 minut na wygrzebanie zagłębienia w piasku i wrócę do niego we wtorek, to znaczną część pracy będę musiała wykonać ponownie, bo piasek się osunie i zasypie mój grajdołek. Znacznie lepiej przyjść jednego dnia z łopatą i wykopać porządny dół.
W przypadku prostych i mechanicznych zadań częste zmiany są męczące, ale zasadniczo nie uniemożliwiają pracy. Niemożliwe jest natomiast zrobienie czegokolwiek nowego czy twórczego w 20 minut i to ze świadomością, że zaraz przyjdą poprawki do projektu, którym zajmowaliśmy się 40 minut temu.
Projektowanie (a raczej myślenie projektowe) wymaga naprawdę głębokiego kopania. Łatwo o tym zapomnieć, przeglądając miniaturki na Dribble. Nikt nie jest w stanie skupić się na dłużej, więc wszyscy zatrzymujemy się na powierzchni.
Robimy w 15 minut logotypy Lobsterem (powinnam raczej powiedzieć „znaczki”, bo z logotypem to nie ma wiele wspólnego), które klient potem omawia z zarządem w 10 minut i daje nam pięć na poprawki.
Dwa miesiące później okazuje się, że logotyp zupełnie nie działa w małej skali (nikt nawet nie drukował, żeby sprawdzić), a badziewne wykonanie (obrysy, maski, obrysy do masek, grupy w grupach i całe dobrodziejstwo Illustratora) doprowadzają do szału każdego, kto musi tego znaku użyć.
Być może nie należę po prostu do tych trzech procent ludzkości, które dobrze radzi sobie z wielozadaniowością, dlatego tak kręcę nosem i obwiniam ją o wszelkie zło świata (projektowego). Ale może być też tak, że nasza obsesja na punkcie odhaczania kolejnych mikrozadań na liście sprawia, że nigdy nie zabieramy się za naprawdę duże i ważne zadania, jak na przykład myślenie.
PS
Chciałabym pisać więcej i lepiej o projektowaniu i książkach, a mniej o tym, jak ciężkie jest życie projektanta. Chciałabym też przeprowadzić się w końcu na wordpressa i zrobić porządek z tym blogiem. Ale to duże projekty i trudno się za nie zabrać. Tymczasem Todoist podpowiada mi, że jeszcze dwie małe rzeczy dzielą mnie od ekranu z napisem „Brak zadań na dziś. Miłego wieczoru”.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Czarna apla w kropki bordo. Uwagi o papierze

Na pewnym etapie projektowania identyfikacji wizualnej zaczynam żonglować poszczególnymi elementami, sprawdzać, jak działają w różnych zestawieniach kolorystycznych itp. Tym razem okazało się, że logotyp naprawdę dobrze wygląda w kontrze (po drobnej korekcie grubości linii) i tak już zostało – wizytówki miały być czarne. W programie graficznym można zasymulować niemal wszystko i do wszystkiego są mokapy, łatwo zapomnieć, że trzeba to będzie jeszcze jakoś wydrukować. Mgliście myślałam o jakimś czarnym papierze. Sprawy się skomplikowały, kiedy okazało się, że jedna strona wizytówki ma być czarna, a druga biała. „Chyba można zrobić czarną aplę?” – pomyślałam głupio.
Oczywiście, że można zrobić czarną aplę, ale są dużo lepsze sposoby, co na szczęście w porę uświadomili mi panowie z drukarni Kolory (jestem bardzo wdzięczna za ich niewyczerpaną wprost cierpliwość). Na własne oczy mogłam zobaczyć, jak okropnie wyciera się ciemna apla i jak paskudnie łuszczy się folia, którą się czasem nakłada, żeby ochronić kolor. Wróciliśmy więc do idei czarnego papieru (stanęło na Keaykolour) z białym tekstem drukowanym metodą sitodruku. Na tym etapie mogłam przypomnieć sobie wszystkie lekcje o papierze barwonym w masie, z którego kolor się nie ściera.
A co z drugą, białą stroną? Kaszerowanie! Przy czym biały papier (Munken Lynx) nie był wcale cieniutki, ale równie gruby, co Keaykolour, dzięki czemu po ich złączeniu powstał bardzo atrakcyjny dwukolorowy brzeg. Biały personalizowany awers zadrukowywany był cyfrowo i później łączony z czarnym rewersem wspólnym dla wszystkich wizytówek, co zmniejszało koszt (jedna matryca sitodrukowa, a nie np. siedem).
Morał z całej historii podwójny. Po pierwsze, warto czasem wstać od komputera, pooglądać prawdziwe wydruki (a nie tylko mokapy) i porozmawiać z kimś, kto naprawdę zna się na rzeczy. Po drugie, znacznie łatwiej się czegoś nauczyć, kiedy do rozwiązania jest jakiś konkretny problem.
wtorek, 14 lipca 2015
Przeładowanie informacjami, czyli o bibliotece elektronicznej
Łatwość gromadzenia książek elektronicznych jest zatrważająca. Kiedy rozglądamy się po mieszkaniu, nie widzimy zalegających woluminów. Żeby nabyć nowe, nie musimy nawet wstawać z krzesła. Mój kolega z pracy obliczył kiedyś, ile czasu zajęłoby mu przeczytanie całego swojego cyfrowego księgozbioru. Przed śmiercią raczej nie zdąży. To nie powstrzymuje go od kupowania kolejnych tytułów.
Mieć to prawie jak przeczytać
Nie trzeba być specjalistą od prognozowania trendów w technologii, by przewidzieć, że z czasem czytniki będą umożliwiały przechowywanie coraz to większej liczby książek. To pozwoli nam żyć w przeświadczeniu, że tak wiele mamy w zasięgu ręki. Jednak dostępność książek nie zawsze przekłada się na wzrost czytelnictwa. Być może działa tu złudne wrażenie, że jeśli wiemy o istnieniu jakiejś książki, to prawie jakbyśmy już znali jej treść. A jeśli do tego już ją kupiliśmy, to właściwie możemy się wypowiadać o niej z miną rasowego krytyka. W rzeczywistości jednak przypomina to bardziej wkładanie pod poduszkę Programów i dyskusji literackie okresu Młodej Polski Podrazy-Kwiatkowskiej na dzień przed egzaminem z historii literatury, jeśli wcześniej się tej książki nawet nie otwarło.
![]() |
| Czy jeśli prześpię się na moim czytniku, to zadziała to tak, jakbym przeczytała wszystko, co na nim zgromadziłam? |
Mieć nie znaczy kupić
Nie wiem, skąd się bierze nawyk brania wszystkiego, co dają za darmo. Może to pozostałość czasów studenckich, może to zwykła łapczywość. Rzadko trafia się, że rozdawane są książki papierowe. Natomiast jest sporo źródeł, które oferują nam darmowe e-booki. A i ukraść łatwiej. I tak po kilku minutach spędzonych na Wolnych Lekturach albo Project Gutenberg mogę mieć ściągniętych więcej książek, niż jestem w stanie przeczytać w ciągu roku.
Mieć już na zawsze
Kryje się tu jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Forma kodeksu udoskonalana była przez setki lat i już się raczej nie zmieni. Znaczy to, że jeśli moje książki papierowe są ładne (a są, bo tylko takie kupuję), to w pewnym sensie mają już swoją doskonałą formę. Za 50 lat będą równie dobre jak teraz. Natomiast książka elektroniczna jako forma ciągle się rozwija. Może się okazać, że za kilknaście lat pliki MOBI z 2015 roku będą równie atrakcyjne, co dzisiaj odtwarzanie z pomocą CD-playera muzyki zapisanej w formacie MIDI.
To wszystko sprawia, że Kindle wiąże się dla mnie z poczuciem tymczasowości. Kiedy byłam na studiach i musiałam szybko przeczytać tekst na ćwiczenia, nie przeszkadzało mi, że mam tylko kserokopie wydruków zdjęć (sic!). Czytałam i wyrzucałam. Dziś, kiedy chcę coś szybko przeczytać, wybieram plik elektroniczny i zaraz po przeczytaniu kasuję (a przynajmniej staram się tak robić). Papier i wieczne miejsce na półce rezerwuję dla podręczników i książek o wybitnej warstwie wizualnej.
czwartek, 9 lipca 2015
Trzy piękne znaki typograficzne i jak ich używać
Hedera [❧]
Mam do niej duży sentyment. W moich studenckich projektach używałam jej bardzo (czytaj: zbyt) często, podobnie zresztą jak innych ornamentów. To chyba był rodzaj zachłyśnięcia się technogią. Gdybym miała założyć Gildię Użytkowników InDesigna, Którzy Potrafią Znaleźć Paletę Glifów, to pewnie na jej symbol wybrałabym właśnie hederę lub inny ornament kwiatowy.
Choć hedera to jeden z najstarszych znaków interpukcyjnych, jego fukcja nie była nigdy ściśle określona. Zanim rozpowszechniło się rozpoczynanie nowej myśli od nowego wiersza, początki akapitów oznaczano hederą (do tego służył też znak początku akapitu, ang. pilcrow). Dopiero z nastaniem druku zaczęto budować z hedery i innych ornamentów wzory.
Sama stosuję ją teraz już dosyć rzadko, głównie do oddzielania całostek tekstu, kiedy dodatkowy wiersz światła to za mało, a rozpoczęcie od nowej strony to za dużo. Czyli de facto używam jej w jednej z funkcji asteryzmu lub potrójnego asterysku. Zwykle sięgam po delikatniejsze formy tego znaku (Minion Pro oferuje bardzo subtelne ornamenty kwiatowe). Jednak nigdy nie zastepuję hederą asteryzmu użytego do oznaczenia utworu bez tytułu.
![]() |
| Frederic Warde, Printers’ Ornaments Applied to the Composition of Decorative Borders, Panels, and Patterns via CreativeReview. Poszczególne klocki z ornamentem ułożone są tak, że tworzą ozdobną ramkę. |
Kropka środkowa [·]
Gdybym miała przygotować typograficzny odpowiednik conference bingo, na pewno znalazłoby się tam pole „wzmianka o kolumnie Trajana”. Trudno napisać dłuższy tekst o literach czy interpunkcji i się do niej nie odwołać.

Kolumna Trajana pokazuje ciekawy moment w rozwoju interpunkcji – poszczególne wyrazy nie są pisane jednym ciągiem, ale odstęp międzywyrazowy jeszcze się nie zadomowił. Zamiast niego jest znak umieszczany w połowie wysokości kapitały. Czasem kropka przyjmowała inne kształty: trójącika (pozostałość po kształcie narzędzia), a czasem – jak pisałam wyżej – hedery.
Jeszcze wcześniej kropka pojawia się u Arystofanesa, który dla tekstów Biblioteki Aleksandryjskiej wprowadził wiele innowacyjnych znaków. Obok średniej (środkowej) kropki na oznaczenie średniej pauzy, były też kropka niska i wysoka, oddające odpowiednio pauzę krótką i długą.
Warto zauważyć, że w większości fontów oprócz kropki środkowej występuje też punktor [•], który jest od niej znacznie większy i nie powinien być z nią mylony.
Mnożenie [×]
SJP pozwala stosować kropkę środkową również w znaczeniu iloczynu. Pamiętam, że tak właśnie uczono mnie mnożyć w podstawówce. Być może dla matematyków jest to wygodna konwencja. Opowiadał się za nią m.in. Leibniz, który kropką zastępował znak [×], bo ten wydawał mu się zbyt podobny do symbolu zmiennej [x]. Taki symbol mnożenia – wywodzący się podobno od krzyża św. Andrzeja – to wcześniejsza konwencja: miał ją wprowadzić William Oughtred w pierwszej połowie XVII w.
Matematycy używają obu tych znaków, ale stosują też inne konwencje zapisu (na przykład asterysk lub potęgowanie). Literatura rządzi się jednak innymi prawami. W ogóle rzadko spotyka się tu symbole arytmetyczne, a jeśli już, to często w innym kontekście. I tak mnożenie wykorzystywane jest np. do zapisywania wymiarów lub we frazach takich jak napęd 4 × 4.
W tekście ciągłym kropka środkowa może pełnić różne funkcje, asterysk także ma inne znaczenie, natomiast krzyżyk jako znak mnożenia jest jednoznaczny. Trudno też pomylić go z literą x, która w języku polskim prawie nie występuje, a jeśli już się pojawia, to często właśnie błędnie zamiast znaku mnożenia.
Przy okazji można dodać, że znak mnożenia powinien być otoczony spacjami (więc 1280 × 800, a nie 1280×800, a tym bardziej nie 1280x800). Jeśli to możliwe, należy zastosować spacje cienkie. Dotyczy to zarówno krzyżyka, jak i kropki.
Na dzisiejszą listę nie załapały się takie znaki jak krzyżyk [†], stopień [°], ukośnik i wiele innych. Mam nadzieję, że nie czują się pokrzywdzone.
Podziękowania dla Oli, która jasno wyłożyła mi różne konwencje notacyjne stosowane w logice czy matematyce.
Terminologia uzgodniona z Niewielkim słownikiem typograficznym Jacka Mrowczyka oraz polską edycją Elementarza stylu w typografii (wydanie drugie).
czwartek, 25 czerwca 2015
O zasadach, czyli każdy kij ma dwa końce
Ciągle zdarza mi się jednak walczyć o półpauzę, dywiz czy kreskę cyfrową. Powszechne użycie klawiatury komputerowej (a może już maszyny do pisania?) wyrugowało ze zbiorowej świadomości istnienie różnic pomiędzy tymi znakami. Trzeba tu zachować szczególną czujność, bo zdarzają się też fonty, w których te znaki są po prostu źle zaprojektowane, np. półpauza faktycznie zajmuje zbyt wiele miejsca. Jeśli jednak z krojem pisma wszystko jest w porządku, to problem powinien być stosunkowo łatwy do rozwiązania – można odesłać do Chwałowskiego, Wolańskiego lub innych, na szczęście coraz liczniejszych, źródeł. Problem polega na tym, że wśród szerokiej publiki książki te nie cieszą się takim autorytetem, jak chociażby słownik PWN. Być może dlatego, że słowniki traktuje się jak dzieła objawione, a nie teksty tworzone przez specjalistów. Zdarzyło mi sie też usłyszeć, że nie powinnam pouczać klientów: niech mają tak, jak chcą. Kuriozalna sytuacja, która jednak dobrze pokazuje, że pewne obszary typografii i interpunkcji są traktowane jako kwestia upodobań, a nie przedmiot regulacji.
Z drugiej strony typografia stała się w ostatnich latach na tyle modna, że wiele osób deklaruje zainteresowanie nią. Zatem obok wyznawców prawicowego przecinka rośnie też grupa osób świadomych podstawowych zasad. Często jednak zasady są przyswajane bez konkekstu, w którym powstały. Nic więc dziwnego, że po takiej „edukacji” człowiek może nie zwracać uwagi na szarość tekstu, nie rozpoznać stylizacji na jakąś epokę, ale da się pokroić za brak sierot i wdów. Jeśli ktoś kiedyś prosił Was o wstawienie ligaruty „fi” w tekście złożonym Courierem czy innym pismem o równych szerokościach znaków, to wiecie, jak irytujące może być upieranie się przy przy (źle rozumianych) zasadach.
Rozwiązanie jak zwykle leży gdzieś po środku. Zasady mają służyć czytelności i działać na korzyść projektu. Należy się ich trzymać, ale też na każdym kroku warto sobie zadawać pytanie, skąd wzięła się dana reguła i jaki jest jej cel. Coraz częściej, by przekonać kogoś co do słuszności jakiejś decyzji, staram się wyjaśnić dlaczego coś wygląda właśnie w ten sposób, a coraz rzadziej wskazuję konkretną regułę. Może trochę ze strachu, że kiedyś te reguły obrócą się przeciwko mnie.
piątek, 14 listopada 2014
Od kwiatów do helvetiki
Na początku zupełnie nie zwróciłam uwagi na skład. Dopiero po kilku szybko przeczytanych rozdziałach dotarło do mnie: to się czyta nadzwyczaj dobrze. Zaskakująco dobrze, biorąc pod uwagę, że całość złożona jest helvetiką, a niektóre strony w całości drukowane są na zielono. Żeby dowiedzieć się, dlaczego tak jest, a także żeby przygotować się do nadchodzących warsztatów na TypoLubie, postanowiłam odtworzyć makietę książki.
Sama struktura tekstu jest dosyć skomplikowana. Tekst dzieli się na dwie zasadnicze części: (1) obszerne wprowadzenie dotyczące roli roślin w naszym życiu oraz metod hodowli, przesadzania i rozmnażania oraz (2) leksykon kwiatów domowych wraz ze szczegółowymi informacjami, takimi jak pochodzenie, miejsce uprawy, podlewanie itd. W każdej części są trzy rzędy tytułów, do tego ilustracje (ryciny i kolorowe zdjęcia) wraz z podpisami oraz coś w rodzaju lidu w części leksykonowej. Na początku spis treści, na końcu dodatki i indeksy. Całość w okolicach B5 (168x224).
Zaskoczyło mnie, że do uporządkowania tak zawiłej struktury wystarczyła tak ograniczona ilość środków. Jeden krój pisma i – w przeważającej większości – tylko dwa jego stopnie. Całość podzielona na trzy łamy. Leksykon składany w trzech łamach drobniejszym pismem (siódemką, nikt by mi nigdy nie pozwolił nic złożyć siódemką, a to wygląda tak dobrze!). Wstępy składane większym stopniem (dziewiątką) zajmują szerokość dwóch łamów leksykonu. Dokładnie tak samo wyglądają leksykonowe lidy, co daje fantastyczne poczucie spójności.
We wstępie rozkład tytułów wygląda następująco: (1) 20pt, (2) 15pt, (3) 9pt i światło. W leksykonie układ jest taki: (1) tytuł – 13pt bold, (2) lid – 9pt, (3) śródtytuł – 9pt. Do tego pojawiają się jeszcze wyróżnienia w postaci odmiany grubej w pierwszym słowie lub zdaniu akapitu. Podpisy pod ilustracjami to znów 7pt wyróżnione jedynie światłem. Paginacja – 9pt. Przede wszystkim wykorzystywane są więc obecnych już w tekście głównym stopnie pisma, czyli siódemka i dziewiątka. Dopiero kiedy ich możliwości zostaną wyczerpane (bold, światła) sięga się po inne.
Główną siłą tego projektu jest rozsądne wykorzystanie świateł do oddzielania poszczególnych całostek. Układ oparty na trzech łamach pozwala też na wygodne rozmieszczanie ilustracji. Ich wysokość bywa różna, ale szerokość zawsze dostosowana jest do szerokości łamów.
Przy odtwarzaniu makiety zauważyłam też, że skład jest bardzo luźny. Widać to szczególnie w części leksykonowej, gdzie wiersz obejmuje zwykle 36–40 znaków. Dzięki stosunkowo dużym odstępom pomiędzy międzyznakowym i międzywyrazowym interlinia, którą inaczej pewnie uważałabym za nierozsądnie wielką, wydaje się zbalansowana, a poszczególne kolumny nie odcinają się jako zbyt ciemne w stosunku do otaczających je świateł.
Jest jeszcze wiele innych problemów, które warto by poruszyć, m.in. schodzenie się dwóch użytych w składzie interlinii, wykorzystanie koloru (bardzo ciekawe, a może i ekonomiczne: część składek jest drukowana wyłącznie zielenią) oraz dodatki i indeksy, które ściśle trzymają się dotychczasowych środków wyrazu, a jednocześnie są łatwe do odróżnienia od reszty tekstu. Ale może wspomnę tylko, że na frontyspisie jest zdjęcie z kotem.
środa, 21 maja 2014
Typo Berlin 2014
Wystąpienie Daniela Gjøde (a po części także to co mówili Holm Friebe i Harry Keller) zaznacza pewien istotny zwrot w środowisku. Zewsząd słyszę, jak ludzie niemal z cierpiętniczą dumą opowiadają o tym, jak dużo pracują, o tym, że jeśli człowiek naprawdę kocha, to co robi, to tak naprawdę może pracować bez przerwy. Daniel na przykładzie rozwoju własnej firmy pokazywał, jak zabójcze dla biznesu ale i dla ludzkiego samopoczucia jest ciągłe dążenie do zwiększenia produktywności. „Ile razy zdarzyło się wam myśleć «Och, gdybym miał jeszcze tydzień, mógłbym pociągnąć ten projekt w taką czy inną stronę?»” – pytał. I mówił, że wówczas należy dać projektantowi ten tydzień. Nie ukrywał też pewnych ekonomicznych aspektów, które pozwalają mu na stosowanie takiego modelu biznesowego – zatrudnia ludzi zaraz po studiach, bo mają mniejsze wymagania finansowe, dzięki czemu nie ma presji, by startować w bezpłatnych przetargach i zdobywać tylu klientów, ilu się da.
W kuluarach dało się słyszeć opinie, że coraz więcej wystąpień reklamuje (i to coraz bardziej agresywnie) jakiś produkt danego mówcy i projektanta. Granica jest tu dosyć cienka. Jeśli zapraszam kogoś na konferencję, to pewnie robię to ze względu na rzeczy, które ten człowiek osiągnął. Nic więc dziwnego, że wystąpienie dotyczy książki czy magazynu i przedstawia proces ich powstawania. Peter Biľak, mówiąc o swoim magazynie Works That Work, prezentował idee znacznie bardziej uniwersalne: jak zmiany w świecie wydawniczym doprowadziły do marginalizacji czytelnika i jak wąskie jest rozumienie projektowania. Podobnie o swoich książkach mówił Joost Grootens, który pokazał, że najnudniejszą część publikacji (czyli indeks) można zmienić w część najciekawszą, która pozwoli przeglądać album w nielinearny sposób i zapewni zupełnie nowe sposoby spojrzenia na treść.
Obu wspomnianych wystąpień – podobnie jak wykładu Paula van der Laana – słuchało się bardzo dobrze. To nie przypadek, wszyscy pracują także jako wykładowcy akademiccy i potrafią w jasny sposób objaśniać procesy. Niestety nie wszyscy zaproszeni goście mogli się pochwalić podobnymi umiejętnościami. Zdarzyło mi się z przykrością wychodzić z sali. Nie chciałam, żeby kiepska znajomość angielskiego czy fatalnie skonstruowany wykład zepsuły mi dobrą opinię o projektancie, którego prace podziwiam.
Bardzo dobrze wypadło wystąpienie Muzeum Neonu. Tego typu prezentacje mają dużą szansę przerodzić się w przegląd slajdów, jednak David Hill i Ilona Karwińska mieli nie tylko świetne fotografie do pokazania (zobaczyć miasto oświetlone neonami to jest coś!), ale też dużo do powiedzenia o społeczeństwie, w którym neony funkcjonowały. To zaś jest dobrym punktem wyjścia do rozmowy o tym, jak to się stało, że nasze społeczeństwo doprowadziło do zalania miast reklamami i co możemy zrobić, żeby te miasta odzyskać.
Oprócz wykładów konferencja miała do zaoferowania sporo innych atrakcji. We foyer nieustannie trwały jakieś warsztaty, głównie kaligraficzne (kancelareska, kaligrafia hebrajska i calligraphic letter abstraction Drury’ego Brennana, który w zeszłym roku ozdobił szyby Haus der Kulturen der Welt, gdzie odbywa się TYPO). Sklep z publikacjami poświęconymi projektowaniu był nieustannie oblężony. Wystawa książki holenderskiej zachęcała porozstawianymi tu i ówdzie krzesełkami – można było spokojnie usiąść i oglądać (zazdroszczę Holendrom papieru, naprawdę, pracować z myślą o takich materiałach i takiej jakości wykonania to musi być przyjemność). Na dolnym piętrze można było pobawić się powielaczem cyfrowym riso albo obejrzeć wystawę piktograficznych plakatów Yang Liu. Te dodatkowe atrakcje dostępne były za darmo dla każdego (tak, tak, bez wykupywania wejściówki). Podobnie dzieje się prędzej czy później z wieloma wykładami – lądują na blogu TYPO i można je spokojnie obejrzeć, nie marnując wcześniej ośmiu godzin w Polskim Busie.
Czy wybiorę się na TYPO w przyszłym roku? Trudno powiedzieć. Jedyną unikalną wartością tej konferencji jest możliwość spotkania z ludźmi. Można też powiedzieć, że TYPO inspiruje, zachęca do pójścia w nowym kierunku. Pewnie dlatego tak wielu uczestników to młodzi ludzie (i mówię tu też o sobie). W ten sposób tworzy się jednak pewna przepaść pomiędzy wielkimi nazwiskami, które wychodzą na scenę, a rzeszą uczestników. Co z tego, że mogę podejść do Davida Carsona? Właściwie nie mamy o czym rozmawiać, tylko hołd mu można złożyć, jak to trafnie ujął Robert. Dlatego jeśli przyjadę jeszcze kiedyś w maju do Berlina, to nie dla wykładów, ale dla warsztatów – żeby narysować kilka liter i usłyszeć rozsądne wskazówki albo żeby spróbować nowych narzędzi kaligraficznych.
sobota, 3 maja 2014
Nowa Alicja
![]() |
| John Tennieli jego wiktoriańskie postaci z wielkimi głowami |
![]() |
| Mervyn Peake i jego groteskowe (acz pocieszne) stwory w mrocznym świecie |
piątek, 3 stycznia 2014
Listy Gurgulów, czyli o przyjemnościach redaktora
Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym i DTP, od słów są kopirajterzy i korektorzy. Jednak po godzinach i mnie zdarza się usiąść na fotelu redaktorskim (oczywiście to tylko przenośnia, nie mam żadnego fotela, tylko odrapane przez koty krzesło HARRY).
Praca nad listami Kazimierza i Janiny Gurgulów była dla mnie wyjątkowym doświadczeniem. Po pierwsze, to zwyczajnie wzruszająca historia. Rok 1939, Wieliczka. Bohaterowie są małżeństwem zaledwie od roku, pierwsze (i jak się okaże – jedyne) dziecko w drodze. Zaczyna się wojna, on przywdziewa mundur i rusza na front. Trafia do Węgier, gdzie jest nauczycielem i pracuje w konspiracji. Dużo do siebie piszą. Potem na Węgry wkraczają wojska Rzeszy. Aresztowanie, obóz, egzekucja. Po drugie, to wyzwanie. Pojawia się odwieczna kwestia: modernizować czy nie modernizować. Są niejasności, które wynikają z transkrypcji: czy faktycznie Kazimierz napisał, że musi „zaszpanować” czy chodziło mu raczej o „zaszparować” (jak do dziś mówi się w niektórych rejonach Śląska – od niemieckiego sparen, które znaczy „oszczędzać”). Po trzecie, na ile ingerować w język autorek opracowania: styl ma tu prawo być podniosły, bo opowiadają swoją historię rodzinną, ale czy nie wpada on momentami w śmieszność?
A potem przychodzi czas na korektę składu i ten moment, kiedy tak naprawdę widzi się projekt po raz pierwszy. Choć uczestniczyłam w rozmowie, podczas której zapadały decyzje dotyczące kształtu książki (w tym także formy graficznej), to praca Karoliny i tak zrobiła na mnie wrażenie. Setki przypisów zostały uporządkowane w elegancki i przejrzysty sposób, tak że stały się niemal ornamentem, nie tracąc przy tym jednak funkcjonalności.
Potem zostaje już tylko drukarnia. Najchętniej oglądałoby się wszystko przy świetle dziennym, ale w zimie o 18.00 trochę o nie trudno. Jeszcze trzeba ponękać trochę drukarza („Można domieszać trochę cyjanu? Ten żółty musi być trochę chłodniejszy.”) i można odetchnąć z ulgą, zanim siądzie się do następnego projektu.
wtorek, 31 grudnia 2013
Urbański i uczniowie
Podczas jednej z wypraw pierwszego typu moją uwagę zwrócił tomik wierszy Aleksandra Puszkina w przekładzie Juliana Tuwima. Pal licho samego autora. Co prawda z dzieciństwa pamiętam cudowne baśnie rosyjskie opatrzone właśnie jego nazwiskiem, ale tym razem nie o treść chodziło. Okładka wyglądała znajomo: przypominała serię Biblioteczka Aforystów, którą Leon Urbański zaprojektował dla PIW-u.
Coś było jednak nie tak. Rzut oka na metryczkę i wszystko jasne – „Projekt okładki i kart tytułowych: Krzysztof Jerominek”. Krótka kwerenda (czytaj: zapytanie w Google) wyjaśniło całą resztę:
Mentorem i Mistrzem Jerominka został wkrótce – z obopólnego wyboru – Leon Urbański, wybitny projektant druków (…). Zasadom sztuki typografii, którym hołdował Leon Urbański (…) pozostaje Jerominek wierny do dziś.Słucham wywiadu, oglądam inne prace Jerominka i kiwam głową. Sporo pięknych druków, które bez żadnych wątpliwości można zaliczyć do nurtu typografii klasycznej. Ale też projekty, które mogłyby wyjść spod ręki międzywojennego awangardzisty.
Spoglądam jeszcze raz na okładkę Puszkina i zastanawiam się, co mi tu nie gra. Gruba linia? Jest w porządku – to znak czasów (tak jak znakiem naszych czasów jest 0.25 pt). Wydaje mi się, że mam problem z dwiema rzeczami. Po pierwsze sprawa bardzo subiektywna: brakuje mi tu lekkości i elegancji. Zamiast z natury eleganckiego układu osiowego jest blok, który siedzi mocno na stronie. Po drugie drażni mnie mnogość wszystkiego: stopni pisma, ornamentów, nawet kolorów. Niby wszystko ma sens i co ma być większe, jest większe, ale ten Aleksander Puszkin jakiś taki ciasny, a Tuwim luźny. I jeszcze rzut oka na tył: o ile u Urbańskiego mieliśmy kontynuację głównego ornamentu, o tyle u Jerominka tył jest dziwnie zagospodarowany, bo na górze i na dole jest ornament, ale pomiędzy nimi – pustka.
Kłopotliwa jest ta okładka. Niby wszystko w porządku, a jednak jakiś niepokój i zgrzyt pozostaje.
niedziela, 8 grudnia 2013
Muji




poniedziałek, 27 maja 2013
Osobista i obszerna relacja z Typo Berlin
Impreza trwała trzy dni plus dodatkowa atrakcja dnia czwartego, już po zakończeniu konferencji, ale o tym zaraz.
Przeróżne dostępne atrakcje
W czwartek po przyjeździe byłam potwornie zmęczona (znacie to uczucie, kiedy wysiadacie w gorący dzień z pociągu po pięciu godzinach podróży i macie poczucie, że tylko zimny prysznic może was uratować?), więc pozwoliłam sobie na zaspokojenie bardziej podstawowych potrzeb, przez co ominęły mnie pierwsze wykłady, m.in otwierające wystąpienie Kena Garlanda, który pokazywał dużo uroczych zwierzątek. Ale nic straconego: wszystkie wystąpienia z hali głównej można znaleźć na stronie Typo Talks.
Starałam się oszczędzać siły i wybierać tylko rzeczy, które mnie naprawdę interesowały. Pozostały czas spędzałam w kuluarach, gdzie działo się naprawdę sporo: kusiło stoisko z książkami (udało mi się uniknąć kupienia czegokolwiek, ale to tylko dlatego, że ktoś zwinął ostatni egzemplarz Hand to Type, na który się czaiłam), gumowe stempelki do druku na koszulkach Thomasa Maiera zapewniały długie godziny rozrywki (po jakimś czasie ogarnęłam proces na tyle, że mogłam pomagać w drukowaniu innym) i wreszcie prasa z drewnianymi czcionkami Erika Spikermanna, która była jednym z najbardziej obleganych miejsc.
Wystąpienia na duży plus
Wśród starannie wybranych przeze mnie punktów programu w pierwszym dniu znalazło się wystąpienie Harry’ego Kellera, który jest deweloperem dla @edenspikermann. Jak podsumował to jeden z tweetów oznaczonych oficjalnym hashtagiem #typo13 – najlepszym wystąpienie pierwszego dnia należało nie do projektanta, ale do dewelopera. Harry pokazywał, jak konieczna jest współpraca grafika z programistą i jak wygląda idealny workflow. Zachęcał też do zapoznania się z podstawami programowania, ale w odróżnieniu od pozostałych tego typu zachęcaczy nie pozostawił swojej publiki jedynie z nakazem „idź i programuj” ale szybko i atrakcyjnie przedstawił narzędzia, które zapewnią łatwy start i pomogą w pokonaniu strachu przed siecią.
Chyba moją ulubioną kategorią były wystąpienia spod znaku portfolio talks. Anthony Burrhill opowiadał z humorem (najlepszym, bo angielskim) o odkryciu pracowni drukarskiej pełnej drewnianych klocków w małej miejscowości w Anglii, do której się przeprowadził, i o poszukiwaniu podobnych miejsc na świecie. Pokazywał efekty współpracy z drukarzami, co dawało ciekawy obraz tego, jak różnorodne efekty może dać wykorzystanie bardzo przecież zbliżonego materiału drukarskiego (hipis z Los Angeles drukuje zupełnie inaczej niż stateczny Brytyjczyk).
Simon Manchipp pokazał nam kota, którego właściciel kochał tak bardzo, że kiedy zwierzę zmarło, właściciel zmienił je w helikopter. Po co pokazywać takie rzeczy na konferencji o projektowaniu? Simon udowadniał w ten sposób tezę, że warto robić rzeczy dziwne i na przekór ustalonym kanonom. „Nawet jeśli nie zapamiętacie nic innego z mojego wystąpienia, zapamiętacie to” – mówił, wskazując na zdjęcie kota. Sięgnął też po poważniejsze przykłady i argumenty. Zaprezentował m.in. identyfikację afrykańskich linii lotniczych, która dzięki motywowi przewodniemu (papuga) i żywej kolorystyce pozytywnie wyróżnia się na tle czerwono-niebieskich logotypów innych linii lotniczych (serio, wpiszcie airlines logo w Google Images i zobaczcie, jaka estetyka dominuje). Tym jednym przykładem Simon udowodnił, że identyfikacja wizualna to niekoniecznie opasła książka tłumacząca zawiły grid. To także (a raczej przede wszystkim) zestaw przydatnych i rozpoznawalnych elementów.
Max Kuehne i Carolin Rauen z Paperlux przywrócili mi wiarę w papier (mogły nią zachwiać wystąpienia związane z nowymi mediami, których też nie zabrakło). Ich pracownia projektowa łączy kreację z produkcją. Nie muszą się zmagać z drukarnią, która stwierdzi „nie da się tego zrobić”. Zamiast tego sami mogą eksperymentować, co pozwala im na bardzo oryginalne projekty. Wystarczy przyjrzeć się ich realizacjom (polecam szczególnie okładki dla Novum i pakiet druków na chrzest luksusowego liniowca Ms Europa 2) i liście klientów (Alexander McQueen, Hermes, Golden Camera), żeby uwierzyć, że takie podejście się opłaca.
Jednym z najlepszych wystąpień należało do Kate Moross, 27-letniej Brytyjki o kolorowych włosach z gigantycznym zapasem energii. Zupełnie mi nie podrodze z punkową estetyką, z której wywodzi się projektantka, jeszcze mniej mam wspólnego z typem zleceń, których się podejmuje (wideoklipy, wizualizacje, aranżacja przestrzeni). Interesujący był jednak styl pracy, który Kate zaprezentowała. Punktem wyjścia było stwierdzenie, że nie musimy wszystkiego wiedzieć od początku, że nasze umiejętności nie mogą nas ograniczać. Każdy projekt to nowe wyzwanie i tak naprawdę trzeba nauczyć się, jak je zrealizować. Wisienką na torcie był jeden z ostatnich slajdów. Kate wyświetliła krótką i prostacką animację przedstawiającą flagę powiewającą na pagórku – jeden z tutoriali, który zrobiła, ucząc się Cinema 4D. Ile odwagi i dystansu do siebie potrzeba, żeby tak otwarcie przyznawać się do swoich niedoskonałości! To było ogromnie inspirujące.
Narzekanie
Nie na wszystkie wystapienia reagowałam jednak równie entuzjastycznie. Neville Brody wywołał u mnie senność, Ann Bessemans (która mówiła o rzeczy ważnej i wydawała się ze wszech miar sympatyczna) była jak wyjęta z bardzo poważnej naukowej konferencji, jakie pamiętam z czasów studiów filologicznych, i wrzucona między showmenów niczym z TED Talks, a Jessi Walsh słuchało mi się trudno, bo po prostu nie przepadam za studiem Sagmeister & Walsh.
Atmosfera
Konferencje tego typu mają też fajną atmosferę, która właściwie znosi różnicę pomiędzy projektantami-fejmusami a maluczkimi ludźmi. Można podejść do właściwie każdego, porozmawiać czy nawet pokazać swoje prace. Dla mnie Typo Berlin było okazją, żeby poznać Martinę Flor i Giuseppe Salerno, autorów świetnej inicjatywy Lettering vs. Calligraphy.
Inne aktywności i rower
Ogrom atrakcji sprawił, że nie miałam właściwie czasu na zrealizowanie mojego planu pobocznego, który obejmował odwiedzenie mnóstwa muzeów i kulturalnych instytucji. Ograniczyłam się więc do spaceru po Prenzlauer Berg i przysłowiowego pocałowania klamki w galerii Mota Italic (obiecuję sobie odwiedzić ich w dogodniejszym terminie).
W niedzielę dołączyłam do wycieczki rowerowej pod przewodnictwem Erika Spikermanna, Jürgena Sieberta i innych przewodników. Przyjrzeliśmy się identyfikacji wizualnej transportu miejskiego w Berlinie, ulicy prasowej, nielegalnym akcjom w Kreuzberg i typografii Berlina wschodniego. Prosto z wycieczki musiałam już pędzić na pociąg. Pozostaje mi marzyć tylko, że i w przyszłym roku uda mi się wybrać do Berlina w równie atrakcyjnych okolicznościach.
piątek, 24 maja 2013
Photo Fringe: Polaroid Gigante
Dlatego zainteresowała mnie wystawa Polaroid Gigante w ramach pierwszej edycji Kraków Photo Fringe. Czuję, że Polaroid to maszynka, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić. A jednak zdjęcia wystawione w galerii A1 (ul. Kanonicza 1, prosto, w lewo i po schodkach w dół) dalekie są od amatorszczyzny. Mają walor dokumentacyjny w tym sensie, że bardzo silnie skupiają się na obiektach. W przypadku zdjęć Chemy Madoza czy przypominających przedstawienia martwej natury niczym spod pędzla niderlandzkich mistrzów fotografii Manuela Vilarino czy wreszcie igrających z grawitacją pracach Ouki Leele fizyczność, namacalność obiektów jest na pierwszym planie. Jednak oświetlenie i kompozycja, choć czasem udają przypadkowe, są pieczołowicie ustawione.
Kiedy zobaczyłam te zdjęcia w potęznym formacie (50x60 cm) ze wspaniałym światłem (Madoz, Vilarino) genialną pracą z modelem (Ricardo Martin) czy intrygującą fakturą (Roberto Chicharro) zaczęłam się zastanwiać, jak można osiągnąć taki efekt tak małym aparacikiem. I przede wszystkim: jak z czegoś tak małego drukować tak wielkie odbitki? Szybka kwerenda zmieniła moje nastawienie. Aparacik nie jest mały. Jest gigantyczny. W pewnym sensie przypomina pierwszy komputer. Podobno jest ich tylko pięć na świecie. Jeden z nich jest w posiadaniu nowojorskiego studia, które swoją nazwę wzięło właśnie od wymiarów odbitek. Do Nowego Jorku daleko, ale wystawę można obejrzeć blisko, w Krakowie jeszcze przez kilka dni.
| Foto: l.amont (Flickr) |
Polaroid Gigante 50x60
Galeria A1 Inst. Hist. Arch. i Kons. Zab. PKWA
ul. Kanonicza 1
07.05–31.05
wtorek, 16 kwietnia 2013
Miejsce do pracy
Praca w domu jest trudniejsza. Niby mam spokój, nikt mi nie przeszkadza (poza kotem, który lubi siedzieć na tablecie, gryźć nici introligatorskie i zrzucać przedmioty ze stołu). Z drugiej strony konieczność zmieniania małego pokoju dziennego w biuro, studio fotograficzne, pracownię introligatorską i bóg wie co jeszcze jest dosyć kłopotliwe. To wszystko sprawia, że trudno mi wybrać, gdzie wolę pracować. Zdarza mi się przyjść do pracy wcześniej, żeby popracować w agencji (tablet Intuosa i rozsądnych rozmiarów monitor to niezaprzeczalne zalety), ale też biorę czasem pracę do domu, żeby móc pomyśleć w skupieniu.
Nie raz i nie dwa zdarzało mi się marzyć ze znajomymi o fajnej przestrzeni, w której różni ludzie mogliby pracować: pomagać sobie nawzajem, ale nie przeszkadzać. Zawsze w takich chwilach przywoływaliśmy nowojorskie Studio Mates. Od paru lat w Polsce rozkwitają takie przestrzenie co-workingowe pod takimi hasłami jak FabLab czy Hackerspace. A w Krakowie buduje się Wytwórnia. Jestem niesamowicie podekscytowana. Ma być wspólna przestrzeń, profesjonalne wyposażenie (drukarka 3D!) będzie współpraca, warsztaty, promocja twórców i wejście na karnet. Może wyrośnie mi pod bokiem idealne miejsce do pracy?
Bardziej rzeczowe informacje i wypowiedzi założycieli są tutaj.
| Zdjęcie podprowadzone stąd. |
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Ligatura „Th”
Zwracano nam na AKT-cie uwagę na fragment Elementarza stylu, w którym Bringhurst zauważa, że w pismach z serii Adobe Original automatycznie działa też ligatura Th. Wybór Roberta Slimbacha (bo to on odpowiada w dużej mierze za taką decyzję) dyskutowali ciekawie użytkownicy Typophile tu i tu, zwracając między innymi uwagę na kwestię wersalików i kapitalików. Wszystko to wzbudziło u mnie niechęć do rzeczonej ligatury, zapewne na zasadzie: skoro coś jest kontrowersyjne, to lepiej tego unikać. Ostatnio jednak odkopałam zdjęcie, które zrobiłam w krużgankach Dean's Yard w Westminster Abbey.
Może ligatura Th nie nadaje się do tekstu ciągłego, ale potrafi być wspaniała i majestatyczna, jeśli stosuje się ją do epigrafów, a zapewne też w ozdobnych pisankach (przykład tutaj) lub w kaligrafii.
piątek, 12 kwietnia 2013
Londyńskie metro, cz. 2
Autorem artykułu jest Colin Banks, który razem ze swoim partnerem zawodowym, Johnem Milesem, przygotowywał w latach 80 nową wersję pisma Johstona dla londyńskiego metra. Tekst jest dosyć osobisty i sporo w nim żalu i krytyki wobec autora oryginalnego pisma, który okazał się człowiekiem trudnym we współpracy. Zasadnicza część artykułu to analiza zasad dotyczących kerningu, jakie przyjął Johnston.
Przede wszystkim dążył on do uzyskania takiego sposobu cięcia liter (mówimy tu o metalu), który pozwoliłby na skład bez użycia pustego materiału do regulacji świateł międzyliterowych. Jego ideą fix była grubość kreski, która powinna być taka sama dla wszystkich znaków. Podstawę stanowić miało o, którego światło wewnętrzne mierzyłoby dwukrotną grubość kreski. Takie też miało być światło pomiędzy o a kolejną literą i tak aż do końca wyrazu.
Banks zwraca uwagę, że rok, w którym pismo Johstona oddano do użytku, to także rok wydania Typographical Printing Surfeces – dzieła szeroko prezentującego koniecznem odyfikacje optyczne liter, jak korekta linii poziomych, które zawsze wydają się grubsze niż pionowe, czy zaprojektowanie liter o i V tak, by przekraczały delikatnie linię bazową i – w drugim przypadku – wysokości x.
Jeśli kontrowersyjne decyzje Johstona mielibyśmy usprawiedliwiać, należałoby zwrócić uwagę na fakt, że jak sugeruje Banks, Johston prawdopodobnie nie wiedział lub nie przewidział, że jego litery mogą być stosowane inaczej niż jako malowane przez malarzy znaków, w której to technice odsadki nie mają przecież znaczenia.
Źródło: Colling Banks, Edward Johston and Letter Spacing in: Type and Typography. Higlights form Matrix, the review for printers & bibliophiles, ed. John Randle, John D. Berry, (New York: Mark Batty, 2003), 344–353.
środa, 10 kwietnia 2013
Sztuka odmowy
Kilka wymienionych w wystąpieniu wyznaczników, którymi warto się kierować przy angażowaniu się w projekty, to m.in: czy klient nie jest kompletnym dziwakiem (czy nie pisze zbyt długich lub zbyt krótkich maili? jakie robi pierwsze wrażenie?) oraz czy naprawdę potrzebuje się pieniędzy (czy mam dach nad głową? jedzenie w lodówce?). Jason mówi o świadomym kształtowaniu ścieżki zawodowej, specjalizacji, o znajdowaniu czasu na własne projekty. Wszystko to brzmi niesamowicie inspirująco, człowiek ma ochotę odrzucić połowę zleceń, zająć się rękodziełem i żyć w harmonii.
Myślę jednak, że taka postawa wymaga ogromnej odwagi. Teoretycznie mogę sobie pozwolić na odrzucenie dowolnej liczby propozycji, bo to nie jest moje główne źródło utrzymania. Jednocześnie mam poczucie, że rezygnując z jakiejś współpracy, tracę fantastyczną okazję, żeby się czegoś nauczyć, bo w tej chwili praca nad danym zleceniem jest dla mnie przede wszystkim nauką, sprawdzianem i zdobywaniem doświadczenia. Poza tym jeśli raz powiem nie, to już więcej mnie nie zaproszą do współpracy, prawda? A jednocześnie potrafię znienawidzić projekt, który miał być wspaniałą przygodą, jeśli tylko ciągnie się zbyt długo. Mam wrażenie, że jestem krótkodystansowcem, maraton nie dla mnie, za szybko tracę serce do projektu. Nawet jeśli współpracuję z wspaniałymi ludźmi i jestem ciągle motywowana, to trudno mi skupić się nad czymś, czego koniec jest zbyt odległy (tj. wykracza poza trzy miesiące). Może to powinien być mój wyznacznik, kiedy należy powiedzieć „nie”?
| Slajd z wystąpienia. Jason dał mi (nam) prawo mówić „nie”. |



.jpg)



.jpg)









