Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Nadal mnie tu nie ma

Jeśli nadal tu zaglądasz w poszukiwaniu nowych treści – bardzo mi miło, ale muszę przypomnieć, że przeniosłam bloga pod nowy adres: delibrium.pl. Zachęcam do subskrybowania kanału RSS (ja do zarządzania subskrypcjami używam feedly i każdemu gorąco polecam) lub śledzenia bloga na Facebooku, gdzie do każdej notki staram się napisać dowcipny status.

Od ostatniego razu opublikowałam kilka nowych tekstów: Trzy rzeczy, które mnie drażnią w książkach, Rozmowa z Przemkiem Zańką o czytaniu dla przyjemności, Typograf po filologii i Najfajniejsze sklepy papiernicze w Berlinie.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Czas na zmiany czyli przeprowadzka

Od dłuższego czasu przebąkiwałam o przeprowadzce na Wordpressa i stało się. Od teraz wszystkie nowe posty będą pojawiać się na delibrium.pl. Będzie mi bardzo miło, jeśli o mnie nie zapomnicie i zdecydujecie się tam zaglądać. O newsach zawsze informuję też na Facebooku.

Ten blog pozostanie nieaktywny, ale będzie służył jako archiwum. Przy okazji przenosin pozbyłam się postów, których wartość merytoryczną oceniłam nisko. Ale tu wszystko zostaje bez zmian, gdyby naszła mnie tęsknota za naiwnymi czasami studenckimi, pierwszymi zachwytami i ekscytacją, która towarzyszyła mi kiedyś przy otwieraniu każdej nowej książki.

piątek, 18 marca 2016

Kłopoty z ligaturą [æ] w pismach kursywnych

Kiedy kilka lat temu chodziłam na zajęcia z kaligrafii, toczyliśmy z prowadzącym gorące dyskusje dotyczące najlepszych rozwiązań dla zapisu polskich znaków i dwuznaków. The Universal Penman Bickhama, Spencerian Penmanship ani inne popularne książki i wzorniki nie podają odpowiednich rozwiązań, bo nie były tworzone z myślą o języku polskim. Pamiętam, że gorąco sprzeciwiałam się oddzielaniu ogonków od liter, powołując się na teksty Adama Twardocha. Na szczęście w przypadku języka polskiego zawsze mogę też sięgnąć pamięcią do pisma szkolnego, którego z takim trudem uczyłam się w wieku lat sześciu, plamiąc ręce atramentem cieknącym z pióra chińskiego.

Zawsze myślałam, że polski alfabet jest najbardziej skomplikowany spośród tych opartych na alfabecie łacińskim. A potem spróbowałam napisać po norwesku jedno zdanie: Vår sære Zulu fra badeøya spilte jo whist og quickstep i min taxi.

Przygrywający w taksówce dziwaczny Zulus to norweski pangram, czyli tamtejsza wersja gęślej jaźni. Dla kaligrafa lub projektanta pism, który tworzy pismo kaligraficzne, najbardziej problematycznym znakiem jest tu dwudziesta siódma litera alfabetu norweskiego, czyli æ, która tak naprawdę jest ligaturą a oraz e. Choć znak ten pojawia się też w angielskim, to nie jest tam tak powszechny jak w norweskim. Wystarczy wspomnieć, że æ pojawia się choćby w słowie å være, które znaczy być. W niektórych dialektach już samo æ jest słowem (znaczy ja). Widać więc, że sprawa jest poważna.

W przypadku pism, w których a jest dwupoziomowe, nie ma żadnego problemu: znika laseczka przy a, zaś w jej miejsce pojawia się doklejone e. W całej ligaturze łatwo rozpoznać litery, z których została złożona. Dotyczy to zarówno krojów (Minion, Helvetica), jak i stylów kaligraficznych (minuskuła karolińska).

Co jednak zrobić, kiedy podstawowy kształt ma jeden poziom? Po usunięciu laseczki i dostawieniu e pojawia nam się ligatura niebezpiecznie przypominająca œ.


Neuzeit Grotesk, Futura PT, Bambusa, Guess

Widzę dwa rozwiązania, żadne nie jest idealne. Pierwsze w pewnym sensie ignoruje problem. Glify æ i œ pozostają podobne, choć nie identyczne. Polega się tu głównie na zdolności odbiorcy do właściwego rozpoznania znaku na podstawie kontekstu. W norweskim takie podejście faktycznie może się sprawdzić, bo ligatura œ po prostu w nim nie występuje (dyftong ten zapisywany jest inaczej, o czym pisałam dawno temu). Trudniej może być jednak z francuskim czy innymi językami, które stosują oba znaki.

Druga metoda zakłada wykorzystanie w ligaturze æ dwupiętrowego a, nawet jeśli zwykłe a jest jednopiętrowe. W ten sposób przestaje być czytelna geneza znaku (połączenie a i e), wzrasta jednak jego czytelność. Czasem prowadzi to do powstania kształtów, które – choć nie pozbawione uroku – wydają się jednak obce pismu z natury pozbawionemu dwupiętrowego a, jak ostatnim z powyższych przykładów.

Jedyne, czego jestem w tej chwili pewna, to konieczność dobierania rozwiązań w zależności od języka. Po angielsku można sobie pozwolić na pisanie aesthetics zamiast æsthetics, ale już w przypadku norweskiego czy duńskiego raczej nie.


Czytaj dalej:
Leksykon typografi.no
Znak æ w Store norske leksikon

wtorek, 16 lutego 2016

Z otchłani zwanej multitaskingiem



Od jakiegoś czasu używam aplikacji Toggl, dzięki której mogę mierzyć, ile czasu zajmuje mi wykonanie danego zadania. Bardzo polecam. Po pierwsze, łatwo sprawdzić, ile w sumie poświęciliśmy na dany projekt/klienta. Po drugie, po jakimś czasie łatwiejsze staje się szacowanie, ile zejdzie nam na daną rzecz. Po trzecie wreszcie, można się sporo dowiedzieć o tym, w jaki sposób pracujemy.

Kiedy spoglądam na wyniki z kilku ostatnich dni widzę, że większości zadań poświęcałam maksymalnie pół godziny. Zdarzało mi się przełączać między 2–3 projektami co 20–30 minut, bo wszystko było do zrobienia na już. Nic dziwnego, że po całym dniu pracy jestem wykończona.

Żadne z wspomnianych kilkudziesięciominutowych zadań nie było szczególnie wymagające. Największym wysiłkiem jest samo przerzucanie się z jednego projektu do drugiego. Orientuję się, że wykonuję te same czynności po kilka razy. Czy sprawdzałam już, jak to się rozbarwia? Na wszelki wypadek sprawdzę jeszcze raz. Czytałam to już pod kątem literówek? Nie pamiętam, przeczytam jeszcze raz.

Przypomina to kopanie dołka na plaży. Jeśli w poniedziałek poświęcę 10 minut na wygrzebanie zagłębienia w piasku i wrócę do niego we wtorek, to znaczną część pracy będę musiała wykonać ponownie, bo piasek się osunie i zasypie mój grajdołek. Znacznie lepiej przyjść jednego dnia z łopatą i wykopać porządny dół.


W przypadku prostych i mechanicznych zadań częste zmiany są męczące, ale zasadniczo nie uniemożliwiają pracy. Niemożliwe jest natomiast zrobienie czegokolwiek nowego czy twórczego w 20 minut i to ze świadomością, że zaraz przyjdą poprawki do projektu, którym zajmowaliśmy się 40 minut temu.

Projektowanie (a raczej myślenie projektowe) wymaga naprawdę głębokiego kopania. Łatwo o tym zapomnieć, przeglądając miniaturki na Dribble. Nikt nie jest w stanie skupić się na dłużej, więc wszyscy zatrzymujemy się na powierzchni.

Robimy w 15 minut logotypy Lobsterem (powinnam raczej powiedzieć „znaczki”, bo z logotypem to nie ma wiele wspólnego), które klient potem omawia z zarządem w 10 minut i daje nam pięć na poprawki.


Dwa miesiące później okazuje się, że logotyp zupełnie nie działa w małej skali (nikt nawet nie drukował, żeby sprawdzić), a badziewne wykonanie (obrysy, maski, obrysy do masek, grupy w grupach i całe dobrodziejstwo Illustratora) doprowadzają do szału każdego, kto musi tego znaku użyć.

Być może nie należę po prostu do tych trzech procent ludzkości, które dobrze radzi sobie z wielozadaniowością, dlatego tak kręcę nosem i obwiniam ją o wszelkie zło świata (projektowego). Ale może być też tak, że nasza obsesja na punkcie odhaczania kolejnych mikrozadań na liście sprawia, że nigdy nie zabieramy się za naprawdę duże i ważne zadania, jak na przykład myślenie.

PS
Chciałabym pisać więcej i lepiej o projektowaniu i książkach, a mniej o tym, jak ciężkie jest życie projektanta. Chciałabym też przeprowadzić się w końcu na wordpressa i zrobić porządek z tym blogiem. Ale to duże projekty i trudno się za nie zabrać. Tymczasem Todoist podpowiada mi, że jeszcze dwie małe rzeczy dzielą mnie od ekranu z napisem „Brak zadań na dziś. Miłego wieczoru”.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Czarna apla w kropki bordo. Uwagi o papierze

Uczestniczyłam w życiu w niejednym wykładzie o papierze. Najpierw w ramach zajęć na studiach, potem przy okazji różnych konferencji i innych wydarzeń typograficznych. Początkowa fascynacja (trzymać w ręku próbnik papieru po raz pierwszy!) z czasem zmieniła się w znudzenie (tyle informacji, kto by zapamiętał te wszystkie szczegóły) a nawet w zwątpienie (czy kiedyś mi się to do czegoś przyda?). Wreszcie okazało się – jak to zwykle bywa – że najlepiej uczyć się w praktyce, czyli przygotować projekt, który będzie wymagał użycia konkretnego papieru.



Na pewnym etapie projektowania identyfikacji wizualnej zaczynam żonglować poszczególnymi elementami, sprawdzać, jak działają w różnych zestawieniach kolorystycznych itp. Tym razem okazało się, że logotyp naprawdę dobrze wygląda w kontrze (po drobnej korekcie grubości linii) i tak już zostało – wizytówki miały być czarne. W programie graficznym można zasymulować niemal wszystko i do wszystkiego są mokapy, łatwo zapomnieć, że trzeba to będzie jeszcze jakoś wydrukować. Mgliście myślałam o jakimś czarnym papierze. Sprawy się skomplikowały, kiedy okazało się, że jedna strona wizytówki ma być czarna, a druga biała. „Chyba można zrobić czarną aplę?” – pomyślałam głupio.

Oczywiście, że można zrobić czarną aplę, ale są dużo lepsze sposoby, co na szczęście w porę uświadomili mi panowie z drukarni Kolory (jestem bardzo wdzięczna za ich niewyczerpaną wprost cierpliwość). Na własne oczy mogłam zobaczyć, jak okropnie wyciera się ciemna apla i jak paskudnie łuszczy się folia, którą się czasem nakłada, żeby ochronić kolor. Wróciliśmy więc do idei czarnego papieru (stanęło na Keaykolour) z białym tekstem drukowanym metodą sitodruku. Na tym etapie mogłam przypomnieć sobie wszystkie lekcje o papierze barwonym w masie, z którego kolor się nie ściera.

A co z drugą, białą stroną? Kaszerowanie! Przy czym biały papier (Munken Lynx) nie był wcale cieniutki, ale równie gruby, co Keaykolour, dzięki czemu po ich złączeniu powstał bardzo atrakcyjny dwukolorowy brzeg. Biały personalizowany awers zadrukowywany był cyfrowo i później łączony z czarnym rewersem wspólnym dla wszystkich wizytówek, co zmniejszało koszt (jedna matryca sitodrukowa, a nie np. siedem).

Morał z całej historii podwójny. Po pierwsze, warto czasem wstać od komputera, pooglądać prawdziwe wydruki (a nie tylko mokapy) i porozmawiać z kimś, kto naprawdę zna się na rzeczy. Po drugie, znacznie łatwiej się czegoś nauczyć, kiedy do rozwiązania jest jakiś konkretny problem.

wtorek, 14 lipca 2015

Przeładowanie informacjami, czyli o bibliotece elektronicznej

Pamiętam, że na studiach układałam książki obok łóżka w piękne, wielkie wieże (miałyśmy mało półek i dużo podłogi). Kiedyś próbowałam wyciagnąć coś z dolnej części stosu bez rozmontowywania całej konstrukcji. Wszystko się posypało, a Kafka uderzył mnie w głowę. To jedna z tych sytuacji, które pokazują nam, że mamy więcej książek niż jesteśmy w stanie ogarnąć. Teraz staram się na bieżąco kontrolować liczbę tomów w mieszkaniu, oddając te, do których nie będe już wracać, a które nie mają żadnej sentymentalnej wartości. Zasada jest prosta: patrzę na książkę i zadaję sobie pytanie, czy gdybym jej nie miała, to chciałabym ją kupić. Jeśli odpowiedź jest przecząca, szukam książce nowego domu. Znacznie trudniej zapanować nad e-bookami.

Łatwość gromadzenia książek elektronicznych jest zatrważająca. Kiedy rozglądamy się po mieszkaniu, nie widzimy zalegających woluminów. Żeby nabyć nowe, nie musimy nawet wstawać z krzesła. Mój kolega z pracy obliczył kiedyś, ile czasu zajęłoby mu przeczytanie całego swojego cyfrowego księgozbioru. Przed śmiercią raczej nie zdąży. To nie powstrzymuje go od kupowania kolejnych tytułów.

Mieć to prawie jak przeczytać
Nie trzeba być specjalistą od prognozowania trendów w technologii, by przewidzieć, że z czasem czytniki będą umożliwiały przechowywanie coraz to większej liczby książek. To pozwoli nam żyć w przeświadczeniu, że tak wiele mamy w zasięgu ręki. Jednak dostępność książek nie zawsze przekłada się na wzrost czytelnictwa. Być może działa tu złudne wrażenie, że jeśli wiemy o istnieniu jakiejś książki, to prawie jakbyśmy już znali jej treść. A jeśli do tego już ją kupiliśmy, to właściwie możemy się wypowiadać o niej z miną rasowego krytyka. W rzeczywistości jednak przypomina to bardziej wkładanie pod poduszkę Programów i dyskusji literackie okresu Młodej Polski Podrazy-Kwiatkowskiej na dzień przed egzaminem z historii literatury, jeśli wcześniej się tej książki nawet nie otwarło.

Czy jeśli prześpię się na moim czytniku, to zadziała to tak, jakbym przeczytała wszystko, co na nim zgromadziłam?

Mieć nie znaczy kupić
Nie wiem, skąd się bierze nawyk brania wszystkiego, co dają za darmo. Może to pozostałość czasów studenckich, może to zwykła łapczywość. Rzadko trafia się, że rozdawane są książki papierowe. Natomiast jest sporo źródeł, które oferują nam darmowe e-booki. A i ukraść łatwiej. I tak po kilku minutach spędzonych na Wolnych Lekturach albo Project Gutenberg mogę mieć ściągniętych więcej książek, niż jestem w stanie przeczytać w ciągu roku.

Mieć już na zawsze
Kryje się tu jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Forma kodeksu udoskonalana była przez setki lat i już się raczej nie zmieni. Znaczy to, że jeśli moje książki papierowe są ładne (a są, bo tylko takie kupuję), to w pewnym sensie mają już swoją doskonałą formę. Za 50 lat będą równie dobre jak teraz. Natomiast książka elektroniczna jako forma ciągle się rozwija. Może się okazać, że za kilknaście lat pliki MOBI z 2015 roku będą równie atrakcyjne, co dzisiaj odtwarzanie z pomocą CD-playera muzyki zapisanej w formacie MIDI.

To wszystko sprawia, że Kindle wiąże się dla mnie z poczuciem tymczasowości. Kiedy byłam na studiach i musiałam szybko przeczytać tekst na ćwiczenia, nie przeszkadzało mi, że mam tylko kserokopie wydruków zdjęć (sic!). Czytałam i wyrzucałam. Dziś, kiedy chcę coś szybko przeczytać, wybieram plik elektroniczny i zaraz po przeczytaniu kasuję (a przynajmniej staram się tak robić). Papier i wieczne miejsce na półce rezerwuję dla podręczników i książek o wybitnej warstwie wizualnej.

czwartek, 9 lipca 2015

Trzy piękne znaki typograficzne i jak ich używać

Niektórzy projektanci twierdzą, że pytanie o ulubiony krój jest w ogóle źle postawione, bo nie bierze pod uwagę kontekstu, czyli tego, do czego dany krój ma być stosowany. Prawdopodobnie równie fatalne jest pytanie o ulubiony znak typograficzny. W końcu sympatia, którą żywimy do kropki, nie sprawi, że będziemy jej używać zamiast cudzysłowu otwierającego. Jest jednak kilka znaków, które naprawdę lubię, i bardzo się cieszę, gdy nadarza się okazja, by ich użyć.

Hedera [❧]
Mam do niej duży sentyment. W moich studenckich projektach używałam jej bardzo (czytaj: zbyt) często, podobnie zresztą jak innych ornamentów. To chyba był rodzaj zachłyśnięcia się technogią. Gdybym miała założyć Gildię Użytkowników InDesigna, Którzy Potrafią Znaleźć Paletę Glifów, to pewnie na jej symbol wybrałabym właśnie hederę lub inny ornament kwiatowy.

Choć hedera to jeden z najstarszych znaków interpukcyjnych, jego fukcja nie była nigdy ściśle określona. Zanim rozpowszechniło się rozpoczynanie nowej myśli od nowego wiersza, początki akapitów oznaczano hederą (do tego służył też znak początku akapitu, ang. pilcrow). Dopiero z nastaniem druku zaczęto budować z hedery i innych ornamentów wzory.

Sama stosuję ją teraz już dosyć rzadko, głównie do oddzielania całostek tekstu, kiedy dodatkowy wiersz światła to za mało, a rozpoczęcie od nowej strony to za dużo. Czyli de facto używam jej w jednej z funkcji asteryzmu lub potrójnego asterysku. Zwykle sięgam po delikatniejsze formy tego znaku (Minion Pro oferuje bardzo subtelne ornamenty kwiatowe). Jednak nigdy nie zastepuję hederą asteryzmu użytego do oznaczenia utworu bez tytułu.

Frederic Warde, Printers’ Ornaments Applied to the Composition of Decorative Borders, Panels, and Patterns via CreativeReview. Poszczególne klocki z ornamentem ułożone są tak, że tworzą ozdobną ramkę.

Kropka środkowa [·]
Gdybym miała przygotować typograficzny odpowiednik conference bingo, na pewno znalazłoby się tam pole „wzmianka o kolumnie Trajana”. Trudno napisać dłuższy tekst o literach czy interpunkcji i się do niej nie odwołać.



Kolumna Trajana pokazuje ciekawy moment w rozwoju interpunkcji – poszczególne wyrazy nie są pisane jednym ciągiem, ale odstęp międzywyrazowy jeszcze się nie zadomowił. Zamiast niego jest znak umieszczany w połowie wysokości kapitały. Czasem kropka przyjmowała inne kształty: trójącika (pozostałość po kształcie narzędzia), a czasem – jak pisałam wyżej – hedery.

Jeszcze wcześniej kropka pojawia się u Arystofanesa, który dla tekstów Biblioteki Aleksandryjskiej wprowadził wiele innowacyjnych znaków. Obok średniej (środkowej) kropki na oznaczenie średniej pauzy, były też kropka niska i wysoka, oddające odpowiednio pauzę krótką i długą.
Warto zauważyć, że w większości fontów oprócz kropki środkowej występuje też punktor [•], który jest od niej znacznie większy i nie powinien być z nią mylony.

Mnożenie [×]
SJP pozwala stosować kropkę środkową również w znaczeniu iloczynu. Pamiętam, że tak właśnie uczono mnie mnożyć w podstawówce. Być może dla matematyków jest to wygodna konwencja. Opowiadał się za nią m.in. Leibniz, który kropką zastępował znak [×], bo ten wydawał mu się zbyt podobny do symbolu zmiennej [x]. Taki symbol mnożenia – wywodzący się podobno od krzyża św. Andrzeja – to wcześniejsza konwencja: miał ją wprowadzić William Oughtred w pierwszej połowie XVII w.

Matematycy używają obu tych znaków, ale stosują też inne konwencje zapisu (na przykład asterysk lub potęgowanie). Literatura rządzi się jednak innymi prawami. W ogóle rzadko spotyka się tu symbole arytmetyczne, a jeśli już, to często w innym kontekście. I tak mnożenie wykorzystywane jest np. do zapisywania wymiarów lub we frazach takich jak napęd 4 × 4.

W tekście ciągłym kropka środkowa może pełnić różne funkcje, asterysk także ma inne znaczenie, natomiast krzyżyk jako znak mnożenia jest jednoznaczny. Trudno też pomylić go z literą x, która w języku polskim prawie nie występuje, a jeśli już się pojawia, to często właśnie błędnie zamiast znaku mnożenia.

Przy okazji można dodać, że znak mnożenia powinien być otoczony spacjami (więc 1280 × 800, a nie 1280×800, a tym bardziej nie 1280x800). Jeśli to możliwe, należy zastosować spacje cienkie. Dotyczy to zarówno krzyżyka, jak i kropki.


Na dzisiejszą listę nie załapały się takie znaki jak krzyżyk [†], stopień [°], ukośnik i wiele innych. Mam nadzieję, że nie czują się pokrzywdzone.

Podziękowania dla Oli, która jasno wyłożyła mi różne konwencje notacyjne stosowane w logice czy matematyce.

Terminologia uzgodniona z
Niewielkim słownikiem typograficznym Jacka Mrowczyka oraz polską edycją Elementarza stylu w typografii (wydanie drugie).

czwartek, 25 czerwca 2015

O zasadach, czyli każdy kij ma dwa końce

Jest taki ob­szar wspól­ny ty­po­gra­fii i in­ter­punk­cji, na te­mat któ­re­go każ­dy zda­je się mieć swo­je zda­nie. Więk­szość za­sad or­to­gra­ficz­nych zda­je się cie­szyć spo­rym po­wa­ża­niem. Je­śli zwró­ci­my ko­muś uwa­gę, że „o­gu­rek” jest nie­po­praw­ny, to ra­czej nie bę­dzie się upie­rał. „O­gur­ki” nie są też tak roz­po­wszech­nio­ne, jak cho­ciaż­by zja­wi­sko okre­śla­ne cza­sem jako pra­wi­co­wy prze­ci­nek (prze­ci­nek sta­wia­ny po spa­cji i przy­kle­jo­ny do na­stę­pu­ją­ce­go po nim wy­ra­zu), prze­ci­nek cen­tral­ny, przy­kle­ja­nie dy­wi­zu w funk­cji myśl­ni­ka do jed­ne­go z ota­cza­ją­cych go wy­ra­zów, spa­cja po cu­dzy­sło­wie otwie­ra­ją­cym czy kil­ka in­nych ku­rio­zów. Ale i na to znaj­dą się za­sa­dy.

Cią­gle zda­rza mi się jed­nak wal­czyć o pół­pau­zę, dy­wiz czy kre­skę cy­fro­wą. Po­wszech­ne uży­cie kla­wia­tu­ry kom­pu­te­ro­wej (a mo­że już ma­szy­ny do pi­sa­nia?) wy­ru­go­wa­ło ze zbio­ro­wej świa­do­mo­ści ist­nie­nie róż­nic po­mię­dzy tymi zna­ka­mi. Trze­ba tu za­cho­wać szcze­gól­ną czuj­ność, bo zda­rza­ją się też fon­ty, w któ­rych te zna­ki są po pro­stu źle za­pro­jek­to­wa­ne, np. pół­pau­za fak­tycz­nie zaj­mu­je zbyt wie­le miej­sca. Je­śli jed­nak z kro­jem pi­sma wszyst­ko jest w po­rząd­ku, to pro­blem po­wi­nien być sto­sun­ko­wo ła­twy do roz­wią­za­nia – moż­na ode­słać do Chwa­łow­skie­go, Wo­lań­skie­go lub in­nych, na szczę­ście co­raz licz­niej­szych, źró­deł. Pro­blem po­le­ga na tym, że wśród sze­ro­kiej pu­bli­ki książ­ki te nie cie­szą się ta­kim au­to­ry­te­tem, jak cho­ciaż­by słow­nik PWN. Być mo­że dla­te­go, że słow­ni­ki trak­tu­je się jak dzie­ła ob­ja­wio­ne, a nie tek­sty two­rzo­ne przez spe­cja­li­stów. Zda­rzy­ło mi sie też usły­szeć, że nie po­win­nam po­uczać klien­tów: niech ma­ją tak, jak chcą. Ku­rio­zal­na sy­tu­acja, któ­ra jed­nak do­brze po­ka­zu­je, że pew­ne ob­sza­ry ty­po­gra­fii i in­ter­punk­cji są trak­to­wa­ne jako kwe­stia upodo­bań, a nie przed­miot re­gu­la­cji.

Z dru­giej stro­ny ty­po­gra­fia sta­ła się w ostat­nich la­tach na tyle mod­na, że wie­le osób de­kla­ru­je za­in­te­re­so­wa­nie nią. Za­tem obok wy­znaw­ców pra­wi­co­we­go prze­cin­ka ro­śnie też gru­pa osób świa­do­mych pod­sta­wo­wych za­sad. Czę­sto jed­nak za­sa­dy są przy­swa­ja­ne bez kon­kek­stu, w któ­rym po­wsta­ły. Nic więc dziw­ne­go, że po ta­kiej „e­du­ka­cji” czło­wiek mo­że nie zwracać uwa­gi na sza­rość tek­stu, nie roz­po­znać sty­li­za­cji na ja­kąś epo­kę, ale da się po­kro­ić za brak sie­rot i wdów. Je­śli ktoś kie­dyś pro­sił Was o wsta­wie­nie li­ga­ru­ty „fi” w tek­ście zło­żo­nym Co­urie­rem czy in­nym pi­smem o rów­nych sze­ro­ko­ściach zna­ków, to wie­cie, jak iry­tu­ją­ce mo­że być upie­ra­nie się przy przy (ź­le ro­zu­mia­nych) za­sa­dach.

Roz­wią­za­nie jak zwy­kle le­ży gdzieś po środ­ku. Za­sa­dy ma­ją słu­żyć czy­tel­no­ści i dzia­łać na ko­rzyść pro­jek­tu. Na­le­ży się ich trzy­mać, ale też na każ­dym kro­ku war­to so­bie za­da­wać py­ta­nie, skąd wzię­ła się dana re­gu­ła i jaki jest jej cel. Co­raz czę­ściej, by prze­ko­nać ko­goś co do słusz­no­ści ja­kiejś de­cy­zji, sta­ram się wy­ja­śnić dla­cze­go coś wy­glą­da wła­śnie w ten spo­sób, a co­raz rza­dziej wska­zu­ję kon­kret­ną re­gu­łę. Mo­że tro­chę ze stra­chu, że kie­dyś te re­gu­ły ob­ró­cą się prze­ciw­ko mnie.

piątek, 14 listopada 2014

Od kwiatów do helvetiki

Kie­dy bab­cia po­da­ro­wa­ła mi ma­łą juk­kę, po­sta­no­wi­łam za­brać z domu ro­dzin­ne­go książ­kę, któ­rej ni­gdy nie otwie­ra­łam, choć sta­ła na pół­ce od nie­pa­mięt­nych cza­sów (czy­li od po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych). Miesz­ka­my wśród kwia­tów mia­ło mnie je­dy­nie na­uczyć, jak nie za­bić bab­ci­nej juk­ki i ku­pio­ne­go nie­daw­no ko­leu­sa. Oka­za­ło się jed­nak, że mo­że mnie też na­uczyć spo­ro o ty­po­gra­fii.



Na po­cząt­ku zu­peł­nie nie zwró­ci­łam uwa­gi na skład. Do­pie­ro po kil­ku szyb­ko prze­czy­ta­nych roz­dzia­łach do­tar­ło do mnie: to się czy­ta nad­zwy­czaj do­brze. Za­ska­ku­ją­co do­brze, bio­rąc pod uwa­gę, że ca­łość zło­żo­na jest he­lve­ti­ką, a nie­któ­re stro­ny w ca­ło­ści dru­ko­wa­ne są na zie­lo­no. Że­by do­wie­dzieć się, dla­cze­go tak jest, a tak­że że­by przy­go­to­wać się do nad­cho­dzą­cych warsz­ta­tów na Ty­po­Lu­bie, po­sta­no­wi­łam od­two­rzyć ma­kie­tę książ­ki.

Sama struk­tu­ra tek­stu jest do­syć skom­pli­ko­wa­na. Tekst dzie­li się na dwie za­sad­ni­cze czę­ści: (1) ob­szer­ne wpro­wa­dze­nie do­ty­czą­ce roli ro­ślin w na­szym ży­ciu oraz me­tod ho­dow­li, prze­sa­dza­nia i roz­mna­ża­nia oraz (2) lek­sy­kon kwia­tów do­mo­wych wraz ze szcze­gó­ło­wy­mi in­for­ma­cja­mi, ta­ki­mi jak po­cho­dze­nie, miej­sce upra­wy, pod­le­wa­nie itd. W każ­dej czę­ści są trzy rzę­dy ty­tu­łów, do tego ilu­stra­cje (ry­ci­ny i ko­lo­ro­we zdję­cia) wraz z pod­pi­sa­mi oraz coś w ro­dza­ju lidu w czę­ści lek­sy­ko­no­wej. Na po­cząt­ku spis tre­ści, na koń­cu do­dat­ki i in­dek­sy. Ca­łość w oko­li­cach B5 (168x224).



Za­sko­czy­ło mnie, że do upo­rząd­ko­wa­nia tak za­wi­łej struk­tu­ry wy­star­czy­ła tak ogra­ni­czo­na ilość środ­ków. Je­den krój pi­sma i – w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści – tyl­ko dwa jego stop­nie. Ca­łość po­dzie­lo­na na trzy ła­my. Lek­sy­kon skła­da­ny w trzech ła­mach drob­niej­szym pi­smem (sió­dem­ką, nikt by mi ni­gdy nie po­zwo­lił nic zło­żyć sió­dem­ką, a to wy­glą­da tak do­brze!). Wstę­py skła­da­ne więk­szym stop­niem (dzie­wiąt­ką) zaj­mu­ją sze­ro­kość dwóch ła­mów lek­sy­ko­nu. Do­kład­nie tak samo wy­glą­da­ją lek­sy­ko­no­we lidy, co daje fan­ta­stycz­ne po­czu­cie spój­no­ści.

We wstę­pie roz­kład ty­tu­łów wy­glą­da na­stę­pu­ją­co: (1) 20pt, (2) 15pt, (3) 9pt i świa­tło. W lek­sy­ko­nie układ jest taki: (1) ty­tuł – 13pt bold, (2) lid – 9pt, (3) śród­ty­tuł – 9pt. Do tego po­ja­wia­ją się jesz­cze wy­róż­nie­nia w po­sta­ci od­mia­ny gru­bej w pierw­szym sło­wie lub zda­niu aka­pi­tu. Pod­pi­sy pod ilu­stra­cja­mi to znów 7pt wy­róż­nio­ne je­dy­nie świa­tłem. Pa­gi­na­cja – 9pt. Przede wszyst­kim wy­ko­rzy­sty­wa­ne są więc obec­nych już w tek­ście głów­nym stop­nie pi­sma, czy­li sió­dem­ka i dzie­wiąt­ka. Do­pie­ro kie­dy ich moż­li­wo­ści zo­sta­ną wy­czer­pa­ne (bold, świa­tła) się­ga się po inne.




Głów­ną si­łą tego pro­jek­tu jest roz­sąd­ne wy­ko­rzy­sta­nie świa­teł do od­dzie­la­nia po­szcze­gól­nych ca­ło­stek. Układ opar­ty na trzech ła­mach po­zwa­la też na wy­god­ne roz­miesz­cza­nie ilu­stra­cji. Ich wy­so­kość bywa róż­na, ale sze­ro­kość za­wsze do­sto­so­wa­na jest do sze­ro­ko­ści ła­mów.

Przy od­twa­rza­niu ma­kie­ty za­uwa­ży­łam też, że skład jest bar­dzo luź­ny. Wi­dać to szcze­gól­nie w czę­ści lek­sy­ko­no­wej, gdzie wiersz obejmuje zwykle 36–40 znaków. Dzię­ki sto­sun­ko­wo du­żym od­stę­pom po­mię­dzy mię­dzy­zna­ko­wym i mię­dzy­wy­ra­zo­wym in­ter­li­nia, któ­rą ina­czej pew­nie uwa­ża­ła­bym za nie­roz­sąd­nie wiel­ką, wy­da­je się zba­lan­so­wa­na, a po­szcze­gól­ne ko­lum­ny nie od­ci­na­ją się jako zbyt ciem­ne w sto­sun­ku do ota­cza­ją­cych je świa­teł.



Jest jesz­cze wie­le in­nych pro­ble­mów, któ­re war­to by po­ru­szyć, m.in. scho­dze­nie się dwóch uży­tych w skła­dzie in­ter­li­nii, wy­ko­rzy­sta­nie ko­lo­ru (bar­dzo cie­ka­we, a mo­że i eko­no­micz­ne: część skła­dek jest dru­ko­wa­na wy­łącz­nie zie­le­nią) oraz do­dat­ki i in­dek­sy, któ­re ści­śle trzy­ma­ją się do­tych­cza­so­wych środ­ków wy­ra­zu, a jed­no­cze­śnie są ła­twe do od­róż­nie­nia od resz­ty tek­stu. Ale mo­że wspo­mnę tyl­ko, że na fron­ty­spi­sie jest zdję­cie z ko­tem.

środa, 21 maja 2014

Typo Berlin 2014

Lu­bię słu­chać lu­dzi, któ­rzy opo­wia­da­ją o czymś istot­nym, co wy­da­rzy­ło się w ich ży­ciu – tak­że w ży­ciu za­wo­do­wym. Dla­te­go po­tra­fię spę­dzić go­dzi­ny prze­glą­da­jąc na­gra­nia z TED Talks czy Cre­ati­ve Mor­nings i z tego sa­me­go po­wo­du zde­cy­do­wa­łam się znów po­je­chać na TYPO Ber­lin. Jest wśród tych nagrań taki typ wy­stą­pień, któ­re lu­bię naj­bar­dziej i któ­re naj­le­piej na­da­ją się do wy­gła­sza­nia przed du­żą pu­blicz­no­ścią. Na­zy­wam je laj­fstaj­lo­wy­mi, bo mó­wią, jak żyć i pra­co­wać, że­by ro­bić to do­brze. Mo­że się wy­da­wać, że są ma­ło przy­dat­ne, ale – umów­my się – ucze­nie pro­gra­mo­wa­nia 500–o­so­bo­wej gru­py też szcze­gól­nie do­brych skut­ków nie przy­nie­sie.



Wy­stą­pie­nie Da­nie­la Gjøde (a po czę­ści tak­że to co mó­wi­li Holm Frie­be i Har­ry Kel­ler) za­zna­cza pe­wien istot­ny zwrot w śro­do­wi­sku. Ze­wsząd sły­szę, jak lu­dzie nie­mal z cier­pięt­ni­czą du­mą opo­wia­da­ją o tym, jak du­żo pra­cu­ją, o tym, że je­śli czło­wiek na­praw­dę ko­cha, to co robi, to tak na­praw­dę mo­że pra­co­wać bez prze­rwy. Da­niel na przy­kła­dzie roz­wo­ju wła­snej fir­my po­ka­zy­wał, jak za­bój­cze dla biz­ne­su ale i dla ludz­kie­go sa­mo­po­czu­cia jest cią­głe dą­że­nie do zwięk­sze­nia pro­duk­tyw­no­ści. „I­le razy zda­rzy­ło się wam my­śleć «Och, gdy­bym miał jesz­cze ty­dzień, mógł­bym po­cią­gnąć ten pro­jekt w ta­ką czy in­ną stro­nę­?»” – py­tał. I mó­wił, że wów­czas na­le­ży dać pro­jek­tan­to­wi ten ty­dzień. Nie ukry­wał też pew­nych eko­no­micz­nych aspek­tów, któ­re po­zwa­la­ją mu na sto­so­wa­nie ta­kie­go mo­de­lu biz­ne­so­we­go – za­trud­nia lu­dzi za­raz po stu­diach, bo ma­ją mniej­sze wy­ma­ga­nia fi­nan­so­we, dzię­ki cze­mu nie ma pre­sji, by star­to­wać w bez­płat­nych prze­tar­gach i zdo­by­wać tylu klien­tów, ilu się da.



W ku­lu­arach da­ło się sły­szeć opi­nie, że co­raz wię­cej wy­stą­pień re­kla­mu­je (i to co­raz bar­dziej agre­syw­nie) ja­kiś pro­dukt da­ne­go mów­cy i pro­jek­tan­ta. Gra­ni­ca jest tu do­syć cien­ka. Je­śli za­pra­szam ko­goś na kon­fe­ren­cję, to pew­nie ro­bię to ze wzglę­du na rze­czy, któ­re ten czło­wiek osią­gnął. Nic więc dziw­ne­go, że wy­stą­pie­nie do­ty­czy książ­ki czy ma­ga­zy­nu i przed­sta­wia pro­ces ich po­wsta­wa­nia. Pe­ter Bi­ľak, mó­wiąc o swo­im ma­ga­zy­nie Works That Work, pre­zen­to­wał idee znacz­nie bar­dziej uni­wer­sal­ne: jak zmia­ny w świe­cie wy­daw­ni­czym do­pro­wa­dzi­ły do mar­gi­na­li­za­cji czy­tel­ni­ka i jak wą­skie jest ro­zu­mie­nie pro­jek­to­wa­nia. Po­dob­nie o swo­ich książ­kach mó­wił Jo­ost Gro­otens, któ­ry po­ka­zał, że naj­nud­niej­szą część pu­bli­ka­cji (czy­li in­deks) moż­na zmie­nić w część naj­cie­kaw­szą, któ­ra po­zwo­li prze­glą­dać al­bum w nie­li­ne­ar­ny spo­sób i za­pew­ni zu­peł­nie nowe spo­so­by spoj­rze­nia na treść.




Obu wspo­mnia­nych wy­stą­pień – po­dob­nie jak wy­kła­du Pau­la van der La­ana – słu­cha­ło się bar­dzo do­brze. To nie przy­pa­dek, wszy­scy pra­cu­ją tak­że jako wy­kła­dow­cy aka­de­mic­cy i po­tra­fią w ja­sny spo­sób ob­ja­śniać pro­ce­sy. Nie­ste­ty nie wszy­scy za­pro­sze­ni go­ście mo­gli się po­chwa­lić po­dob­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi. Zda­rzy­ło mi się z przy­kro­ścią wy­cho­dzić z sali. Nie chcia­łam, że­by kiep­ska zna­jo­mość an­giel­skie­go czy fa­tal­nie skon­stru­owa­ny wy­kład ze­psuł­y mi do­brą opi­nię o pro­jek­tan­cie, któ­re­go pra­ce po­dzi­wiam.



Bar­dzo do­brze wy­pa­dło wy­stą­pie­nie Mu­zeum Neo­nu. Tego typu pre­zen­ta­cje ma­ją du­żą szan­sę prze­ro­dzić się w prze­gląd slaj­dów, jed­nak Da­vid Hill i Ilo­na Kar­wiń­ska mie­li nie tyl­ko świet­ne fo­to­gra­fie do po­ka­za­nia (zo­ba­czyć mia­sto oświe­tlo­ne neo­na­mi to jest co­ś!), ale też du­żo do po­wie­dze­nia o spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym neo­ny funk­cjo­no­wa­ły. To zaś jest do­brym punk­tem wyj­ścia do roz­mo­wy o tym, jak to się sta­ło, że na­sze spo­łe­czeń­stwo do­pro­wa­dzi­ło do za­la­nia miast re­kla­ma­mi i co mo­że­my zro­bić, że­by te mia­sta od­zy­skać.



Oprócz wy­kła­dów kon­fe­ren­cja mia­ła do za­ofe­ro­wa­nia spo­ro in­nych atrak­cji. We foy­er nie­ustan­nie trwa­ły ja­kieś warsz­ta­ty, głów­nie ka­li­gra­ficz­ne (kan­ce­la­re­ska, ka­li­gra­fia he­braj­ska i cal­li­gra­phic let­ter abs­trac­tion Dru­ry­’e­go Bren­na­na, któ­ry w ze­szłym roku ozdo­bił szy­by Haus der Kul­tu­ren der Welt, gdzie od­by­wa się TYPO). Sklep z pu­bli­ka­cja­mi po­świę­co­ny­mi pro­jek­to­wa­niu był nie­ustan­nie ob­lę­żo­ny. Wy­sta­wa książ­ki ho­len­der­skiej za­chę­ca­ła po­roz­sta­wia­ny­mi tu i ów­dzie krze­seł­ka­mi – moż­na by­ło spo­koj­nie usiąść i oglą­dać (zaz­drosz­czę Ho­len­drom pa­pie­ru, na­praw­dę, pra­co­wać z my­ślą o ta­kich ma­te­ria­łach i ta­kiej ja­ko­ści wy­ko­na­nia to musi być przy­jem­ność). Na dol­nym pię­trze moż­na by­ło po­ba­wić się po­wie­la­czem cy­fro­wym riso albo obej­rzeć wy­sta­wę pik­to­gra­ficz­nych pla­ka­tów Yang Liu. Te do­dat­ko­we atrak­cje do­stęp­ne by­ły za dar­mo dla każ­de­go (tak, tak, bez wy­ku­py­wa­nia wej­ściów­ki). Po­dob­nie dzie­je się prę­dzej czy póź­niej z wie­lo­ma wy­kła­da­mi – lą­du­ją na blo­gu TYPO i moż­na je spo­koj­nie obej­rzeć, nie mar­nu­jąc wcze­śniej ośmiu go­dzin w Pol­skim Bu­sie.



Czy wy­bio­rę się na TYPO w przy­szłym roku? Trud­no po­wie­dzieć. Je­dy­ną uni­kal­ną war­to­ścią tej kon­fe­ren­cji jest moż­li­wość spo­tka­nia z ludź­mi. Moż­na też po­wie­dzieć, że TYPO in­spi­ru­je, za­chę­ca do pój­ścia w no­wym kie­run­ku. Pew­nie dla­te­go tak wie­lu uczest­ni­ków to mło­dzi lu­dzie (i mó­wię tu też o so­bie). W ten spo­sób two­rzy się jed­nak pew­na prze­paść po­mię­dzy wiel­ki­mi na­zwi­ska­mi, któ­re wy­cho­dzą na sce­nę, a rze­szą uczest­ni­ków. Co z tego, że mo­gę po­dejść do Da­vi­da Car­so­na? Wła­ści­wie nie mamy o czym roz­ma­wiać, tyl­ko hołd mu moż­na zło­żyć, jak to traf­nie ujął Ro­bert. Dla­te­go je­śli przy­ja­dę jesz­cze kie­dyś w maju do Ber­li­na, to nie dla wy­kła­dów, ale dla warsz­ta­tów – że­by na­ry­so­wać kil­ka li­ter i usły­szeć roz­sąd­ne wska­zów­ki albo że­by spró­bo­wać no­wych na­rzę­dzi ka­li­gra­ficz­nych.

sobota, 3 maja 2014

Nowa Alicja

Mia­łam w domu ro­dzin­nym ta­kie sta­re wy­da­nie obu to­mów (du­żo po­wie­dzia­ne o tych chu­dych ksią­żecz­kach) Ali­cji w Kra­inie Cza­rów Czy­tel­ni­ka. For­mat mó­wił, że to książ­ka dla dzie­ci, a ilu­stra­cje – że to coś bar­dzo waż­ne­go, bo ry­ci­ny w tym sa­mym sty­lu by­ły w bab­ci­nej Bi­blii. Taki wła­śnie był mój dzie­cię­cy od­biór tych ilu­sta­cji – to by­ła po­waż­na Ali­cja z Wiel­ką Gło­wą, jak za­czę­łam ją z cza­sem na­zy­wać, nie do koń­ca spra­wie­dli­wie, bo u Ten­nie­la wszy­scy ma­ją wiel­kie gło­wy.

John Tennieli jego wiktoriańskie postaci z wielkimi głowami


Przez dłu­gi czas dzie­więt­na­sto­wiecz­ne ry­ci­ny sta­no­wi­ły dla mnie wzór ry­sun­ku, by­ły dla mnie jak aka­de­mizm dla osiem­na­sto­wiecz­nych stu­den­tów ma­lar­stwa. Zma­ga­łam się z piór­kiem i tu­szem, że­by stwo­rzyć po­dob­ny efekt. Z cza­sem oczy­wi­ście mi prze­szło, ale dziw­ny re­spekt dla ilu­stra­cji Ten­nie­la po­zo­stał.

Dla­te­go wy­da­nie Ali­cji z pra­ca­mi Tove Jans­son ode­bra­łam nie­mal jak pro­fa­na­cję – tro­chę jak wy­da­nia Ma­łe­go Księ­cia z ilu­stra­cja­mi in­ny­mi niż w ory­gi­na­le. Za­przy­jaź­nio­ny Fu­tu­ro­nau­ta pra­co­wał w tym cza­sie w Bo­nie, więc i ja za­glą­da­łam tam czę­ściej, co pe­wien czas rzu­ca­jąc okiem na tę dziw­ną Ali­cję, w któ­rej Kró­lik wy­glą­da jak Ry­jek, a Ka­pe­lusz­nik jak Włó­czy­kij. W koń­cu ku­pi­łam. Te­raz nie mo­gę się na­pa­trzeć. Jest w ry­sun­kach Jans­son to za co za­wsze ko­cha­łam Sem­pe­go: te drob­ne niu­an­se w min­kach po­sta­ci (u nie­go – chłop­ców z Mi­ko­łaj­ka, u niej – wszyst­kich tych roz­kosz­nych zwie­rzą­tek). Niby dwie kre­ski na krzyż, ale jak pre­cy­zyj­nie po­sta­wio­ne!



Po­lu­bi­łam też for­mat. Ma­ła ksią­żecz­ka ja­kimś cu­dem (to zna­czy cu­dem skła­du) się roz­ro­sła. Mam więc te­raz swo­ją Ali­cję dla do­ro­słych. A mo­że kie­dy się ze­sta­rze­ję i ste­try­cze­ję, to„mo­ją” Ali­cją sta­nie się ja­kieś wy­da­nie z ilu­stra­cja­mi Me­rvy­na Pe­ake­’a?

Mervyn Peake i jego groteskowe (acz pocieszne) stwory w mrocznym świecie

piątek, 3 stycznia 2014

Listy Gurgulów, czyli o przyjemnościach redaktora

W świe­cie, gdzie każ­dy mo­że dru­ko­wać, co chce i kie­dy chce, pra­ca z ludź­mi, któ­rzy nie bo­ją się wie­lo­krot­nych po­pra­wek, któ­rzy py­ta­ją i pro­szą o wy­ja­śnie­nie, jest praw­dzi­wym luk­su­sem. Chy­ba dla­te­go lu­bię pra­cę przy książ­kach. Ca­ły pro­ces jest na tyle dłu­gi, że kie­dy publikacja uka­zu­je się wresz­cie dru­kiem, moż­na po­czuć sa­tys­fak­cję.

Na co dzień zaj­mu­ję się pro­jek­to­wa­niem gra­ficz­nym i DTP, od słów są ko­pi­raj­te­rzy i ko­rek­to­rzy. Jed­nak po go­dzi­nach i mnie zda­rza się usiąść na fo­te­lu re­dak­to­rskim (o­czy­wi­ście to tyl­ko prze­no­śnia, nie mam żad­ne­go fo­te­la, tyl­ko odra­pa­ne przez koty krze­sło HAR­RY).

Pra­ca nad li­sta­mi Ka­zi­mie­rza i Ja­ni­ny Gur­gu­lów by­ła dla mnie wy­jąt­ko­wym do­świad­cze­niem. Po pierw­sze, to zwy­czaj­nie wzru­sza­ją­ca hi­sto­ria. Rok 1939, Wie­licz­ka. Bohaterowie są mał­żeń­stwem za­le­d­wie od roku, pierw­sze (i jak się oka­że – je­dy­ne) dziec­ko w dro­dze. Za­czy­na się woj­na, on przy­wdzie­wa mun­dur i ru­sza na front. Tra­fia do Wę­gier, gdzie jest na­uczy­cie­lem i pra­cu­je w kon­spi­ra­cji. Du­żo do sie­bie pi­szą. Po­tem na Wę­gry wkra­cza­ją woj­ska Rze­szy. Aresz­to­wa­nie, obóz, eg­ze­ku­cja. Po dru­gie, to wy­zwa­nie. Po­ja­wia się od­wiecz­na kwe­stia: mo­der­ni­zo­wać czy nie mo­der­ni­zo­wać. Są nie­ja­sno­ści, któ­re wy­ni­ka­ją z trans­kryp­cji: czy fak­tycz­nie Ka­zi­mierz na­pi­sał, że musi „zasz­pa­no­wać” czy cho­dzi­ło mu ra­czej o „zasz­pa­ro­wać” (jak do dziś mó­wi się w nie­któ­rych re­jo­nach Ślą­ska – od nie­miec­kie­go spa­ren, które zna­czy „osz­czę­dza­ć”). Po trze­cie, na ile in­ge­ro­wać w język au­to­rek opra­co­wa­nia: styl ma tu pra­wo być pod­nio­sły, bo opo­wia­da­ją swo­ją hi­sto­rię ro­dzin­ną, ale czy nie wpa­da on mo­men­ta­mi w śmiesz­ność?

A po­tem przy­cho­dzi czas na ko­rek­tę skła­du i ten mo­ment, kie­dy tak na­praw­dę wi­dzi się projekt po raz pierw­szy. Choć uczest­ni­czy­łam w roz­mo­wie, pod­czas któ­rej za­pa­da­ły de­cy­zje do­ty­czą­ce kształ­tu książ­ki (w tym tak­że for­my gra­ficz­nej), to pra­ca Ka­ro­li­ny i tak zro­bi­ła na mnie wra­że­nie. Set­ki przy­pi­sów zo­sta­ły upo­rząd­ko­wa­ne w ele­ganc­ki i przej­rzy­sty spo­sób, tak że sta­ły się nie­mal or­na­men­tem, nie tra­cąc przy tym jednak funk­cjo­nal­no­ści.

Po­tem zo­sta­je już tyl­ko dru­kar­nia. Naj­chęt­niej oglą­da­ło­by się wszyst­ko przy świe­tle dzien­nym, ale w zi­mie o 18.00 tro­chę o nie trud­no. Jesz­cze trze­ba po­nę­kać tro­chę dru­ka­rza („Moż­na do­mie­szać tro­chę cy­ja­nu? Ten żół­ty musi być tro­chę chłod­niej­szy­.”) i moż­na ode­tchnąć z ulgą, za­nim sią­dzie się do na­stęp­ne­go pro­jek­tu.





wtorek, 31 grudnia 2013

Urbański i uczniowie

Kie­dy tu­ne­le dwor­ca głów­ne­go w Kra­ko­wie by­ły jesz­cze sie­dzi­bą bu­ki­ni­stów, lu­bi­łam tam cho­dzić w po­szu­ki­wa­niu róż­nych dziw­nych rze­czy. Cza­sem li­czy­łam, że ja­kiś skarb sam mnie znaj­dzie i ja­kaś okład­ka się do mnie uśmiech­nie, cza­sem mia­łam plan i wy­py­ty­wa­łam ko­lej­nych sprze­daw­ców o kon­kret­ne­go ilu­stra­to­ra czy gra­fi­ka.



Pod­czas jed­nej z wy­praw pierw­sze­go typu mo­ją uwa­gę zwró­cił to­mik wier­szy Alek­san­dra Pusz­ki­na w prze­kła­dzie Ju­lia­na Tu­wi­ma. Pal li­cho sa­me­go au­to­ra. Co praw­da z dzie­ciń­stwa pa­mię­tam cu­dow­ne ba­śnie ro­syj­skie opa­trzo­ne wła­śnie jego na­zwi­skiem, ale tym ra­zem nie o treść cho­dzi­ło. Okład­ka wy­glą­da­ła zna­jo­mo: przy­po­mi­na­ła se­rię Bi­blio­tecz­ka Afo­ry­stów, któ­rą Leon Urbań­ski za­pro­jek­to­wał dla PI­W-u.

Coś by­ło jed­nak nie tak. Rzut oka na me­trycz­kę i wszyst­ko ja­sne – „Pro­jekt okład­ki i kart ty­tu­ło­wych: Krzysz­tof Je­ro­mi­nek”. Krót­ka kwe­ren­da (czy­taj: za­py­ta­nie w Go­ogle) wy­ja­śni­ło ca­łą resz­tę:
Men­to­rem i Mi­strzem Je­ro­min­ka zo­stał wkrót­ce – z obo­pól­ne­go wy­bo­ru – Leon Urbań­ski, wy­bit­ny pro­jek­tant dru­ków (…). Za­sa­dom sztu­ki ty­po­gra­fii, któ­rym hoł­do­wał Leon Urbań­ski (…) po­zo­sta­je Je­ro­mi­nek wier­ny do dziś.
Słu­cham wy­wia­du, oglą­dam inne pra­ce Je­ro­min­ka i ki­wam gło­wą. Spo­ro pięk­nych dru­ków, któ­re bez żad­nych wąt­pli­wo­ści moż­na za­li­czyć do nur­tu ty­po­gra­fii kla­sycz­nej. Ale też pro­jek­ty, któ­re mo­gły­by wyjść spod rę­ki mię­dzy­wo­jen­ne­go awan­gar­dzi­sty.

Spo­glą­dam jesz­cze raz na okład­kę Pusz­ki­na i za­sta­na­wiam się, co mi tu nie gra. Gru­ba linia? Jest w po­rząd­ku – to znak cza­sów (tak jak zna­kiem na­szych cza­sów jest 0.25 pt). Wy­da­je mi się, że mam pro­blem z dwie­ma rze­cza­mi. Po pierw­sze spra­wa bar­dzo su­biek­tyw­na: bra­ku­je mi tu lek­ko­ści i ele­gan­cji. Za­miast z na­tu­ry ele­ganc­kie­go ukła­du osio­we­go jest blok, któ­ry sie­dzi moc­no na stro­nie. Po dru­gie draż­ni mnie mno­gość wszyst­kie­go: stop­ni pi­sma, or­na­men­tów, na­wet ko­lo­rów. Niby wszyst­ko ma sens i co ma być więk­sze, jest więk­sze, ale ten Alek­san­der Pusz­kin ja­kiś taki cia­sny, a Tu­wim luź­ny. I jesz­cze rzut oka na tył: o ile u Urbań­skie­go mie­li­śmy kon­ty­nu­ację głów­ne­go or­na­men­tu, o tyle u Je­ro­min­ka tył jest dziw­nie za­go­spo­da­ro­wa­ny, bo na gó­rze i na dole jest or­na­ment, ale po­mię­dzy nimi – pust­ka.

Kło­po­tli­wa jest ta okład­ka. Niby wszyst­ko w po­rząd­ku, a jed­nak ja­kiś nie­po­kój i zgrzyt po­zo­sta­je.

niedziela, 8 grudnia 2013

Muji

Pod­czas mo­jej ostat­niej wi­zy­ty w War­sza­wie* Agniesz­ka za­bra­ła mnie do Muji przy My­siej 3. To ja­poń­ska fir­ma (w­zbra­niam się tu przed uży­ciem sło­wa „mar­ka­”), któ­ra robi róż­ne rze­czy pierw­szej po­trze­by (a tak­że po­trzeb ko­lej­nych): my­dło, me­ble, kap­cie, po­ściel, szczo­tecz­ki do zę­bów, puz­zle i kar­to­no­we za­baw­ki. Przy­świe­ca im kil­ka za­sad: pro­jek­ty ma­ją być jak naj­prost­sze i ko­rzy­stać z jak naj­lep­szej ja­ko­ści ma­te­ria­łów, a ża­den pro­dukt nie po­wi­nien być ob­ran­do­wa­ny. Je­ste­ście zmę­cze­ni lo­go­ty­pa­mi, któ­re po­ja­wia­ją się wszę­dzie, łącz­nie ze szczo­tecz­ka­mi do zę­bów i za­kład­ka­mi do ksią­żek? Zaj­rzyj­cie do Muji. (Nie, nie mogę im wybaczyć tych zawieszek w ka­ta­lo­gu.)



*Moż­na od­nieść wra­że­nie (ba, sama je od­no­szę), że moje wy­jaz­dy do War­sza­wy – ale w ogó­le wy­jaz­dy gdzie­kol­wiek – to taki szczy­to­wy punkt eks­cy­tu­ją­cych rze­czy, któ­re wią­żą się z pro­jek­to­wa­niem. Na co dzień tłu­kę opa­ko­wa­nia i bil­bo­ar­dy, oka­zjo­nal­nie książ­ki, ale kiedy wy­jeż­dżam, to oglą­dam pro­jek­to­wa­nie na naj­wyż­szym po­zio­mie.

poniedziałek, 27 maja 2013

Osobista i obszerna relacja z Typo Berlin

Nie­roz­sąd­nie jest od­ma­wiać, kie­dy po­ja­wia się pro­po­zy­cja wy­jaz­du na kon­fe­ren­cję do Ber­li­na w do­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie i za uła­mek pod­sta­wo­wej ceny. Co praw­da nie ma już bez­po­śred­nich po­cią­gów re­la­cji Kra­kó­w–Ber­lin, a w wy­szu­ki­wa­niu ta­nich lo­tów je­stem wjąt­ko­wo kiep­ska, więc do­jazd to praw­dzi­wy kosz­mar, ale prze­cież na­pi­sa­łam wy­żej coś o do­brym to­wa­rzy­stwie i roz­sąd­nej ce­nie. Zwłasz­cza, że o Typo Ber­lin ma­rzy­łam od daw­na.

Im­pre­za trwa­ła trzy dni plus do­dat­ko­wa atrak­cja dnia czwar­te­go, już po za­koń­cze­niu kon­fe­ren­cji, ale o tym za­raz.



Przeróżne dostępne atrakcje
W czwar­tek po przy­jeź­dzie by­łam po­twor­nie zmę­czo­na (zna­cie to uczu­cie, kie­dy wy­sia­da­cie w go­rą­cy dzień z po­cią­gu po pię­ciu go­dzi­nach po­dró­ży i ma­cie po­czu­cie, że tyl­ko zim­ny prysz­nic mo­że was ura­to­wa­ć?), więc po­zwo­li­łam so­bie na za­spo­ko­je­nie bar­dziej pod­sta­wo­wych po­trzeb, przez co ominęły mnie pierw­sze wy­kła­dy, m.in otwie­ra­ją­ce wy­stą­pie­nie Kena Gar­lan­da, któ­ry po­ka­zy­wał du­żo uro­czych zwie­rzą­tek. Ale nic stra­co­ne­go: wszyst­kie wy­stą­pie­nia z hali głów­nej moż­na zna­leźć na stro­nie Ty­po Talks.

Sta­ra­łam się oszczę­dzać si­ły i wy­bie­rać tyl­ko rze­czy, któ­re mnie na­praw­dę in­te­re­so­wa­ły. Po­zo­sta­ły czas spę­dza­łam w ku­lu­arach, gdzie dzia­ło się na­praw­dę spo­ro: ku­si­ło sto­isko z książ­ka­mi (u­da­ło mi się unik­nąć ku­pie­nia cze­go­kol­wiek, ale to tyl­ko dla­te­go, że ktoś zwi­nął ostat­ni eg­zem­plarz Hand to Type, na któ­ry się cza­iłam), gu­mo­we stem­pel­ki do dru­ku na ko­szul­kach Tho­ma­sa Ma­ie­ra za­pew­nia­ły dłu­gie go­dzi­ny roz­ryw­ki (po ja­kimś cza­sie ogar­nę­łam pro­ces na tyle, że mo­głam po­ma­gać w dru­ko­wa­niu in­nym) i wresz­cie pra­sa z drew­nia­ny­mi czcion­ka­mi Eri­ka Spi­ker­man­na, któ­ra by­ła jed­nym z naj­bar­dziej ob­le­ga­nych miejsc.



Wystąpienia na duży plus
Wśród sta­ran­nie wy­bra­nych prze­ze mnie punk­tów pro­gra­mu w pierw­szym dniu zna­la­zło się wy­stą­pie­nie Har­ry­’e­go Kel­le­ra, któ­ry jest de­we­lo­pe­rem dla @e­den­spi­ker­mann. Jak pod­su­mo­wał to je­den z twe­etów ozna­czo­nych ofi­cjal­nym ha­sh­ta­giem #ty­po­13 – naj­lep­szym wy­stą­pie­nie pierw­sze­go dnia na­le­ża­ło nie do pro­jek­tan­ta, ale do de­we­lo­pe­ra. Har­ry po­ka­zy­wał, jak ko­niecz­na jest współ­pra­ca gra­fi­ka z pro­gra­mi­stą i jak wy­glą­da ide­al­ny work­flow. Za­chę­cał też do za­po­zna­nia się z pod­sta­wa­mi pro­gra­mo­wa­nia, ale w od­róż­nie­niu od po­zo­sta­łych tego typu za­chę­ca­czy nie po­zo­sta­wił swo­jej pu­bli­ki je­dy­nie z na­ka­zem „idź i pro­gra­muj” ale szyb­ko i atrak­cyj­nie przed­sta­wił na­rzę­dzia, któ­re za­pew­nią ła­twy start i po­mo­gą w po­ko­na­niu stra­chu przed sie­cią.

Chy­ba mo­ją ulu­bio­ną ka­te­go­rią by­ły wy­stą­pie­nia spod zna­ku port­fo­lio talks. An­tho­ny Bur­r­hill opo­wia­dał z hu­mo­rem (naj­lep­szym, bo an­giel­skim) o od­kry­ciu pra­cow­ni dru­kar­skiej peł­nej drew­nia­nych kloc­ków w ma­łej miej­sco­wo­ści w An­glii, do któ­rej się prze­pro­wa­dził, i o po­szu­ki­wa­niu po­dob­nych miejsc na świe­cie. Po­ka­zy­wał efek­ty współ­pra­cy z dru­ka­rza­mi, co da­wa­ło cie­ka­wy ob­raz tego, jak róż­no­rod­ne efek­ty mo­że dać wy­ko­rzy­sta­nie bar­dzo prze­cież zbli­żo­ne­go ma­te­ria­łu dru­kar­skie­go (hi­pis z Los An­ge­les dru­ku­je zu­peł­nie ina­czej niż sta­tecz­ny Bry­tyj­czyk).

Si­mon Man­chipp po­ka­zał nam kota, któ­re­go wła­ści­ciel ko­chał tak bar­dzo, że kie­dy zwie­rzę zmar­ło, wła­ści­ciel zmie­nił je w he­li­kop­ter. Po co po­ka­zy­wać ta­kie rze­czy na kon­fe­ren­cji o pro­jek­to­wa­niu? Si­mon udo­wad­niał w ten spo­sób te­zę, że war­to ro­bić rze­czy dziw­ne i na prze­kór usta­lo­nym ka­no­nom. „Na­wet je­śli nie za­pa­mię­ta­cie nic in­ne­go z mo­je­go wy­stą­pie­nia, za­pa­mię­ta­cie to” – mó­wił, wska­zu­jąc na zdję­cie kota. Się­gnął też po po­waż­niej­sze przy­kła­dy i ar­gu­men­ty. Za­pre­zen­to­wał m.in. iden­ty­fi­ka­cję afry­kań­skich li­nii lot­ni­czych, któ­ra dzię­ki mo­ty­wo­wi prze­wod­nie­mu (pa­pu­ga) i ży­wej ko­lo­ry­sty­ce po­zy­tyw­nie wy­róż­nia się na tle czer­wo­no­-nie­bie­skich lo­go­ty­pów in­nych li­nii lot­ni­czych (se­rio, wpisz­cie air­li­nes logo w Go­ogle Ima­ges i zo­bacz­cie, jaka es­te­ty­ka do­mi­nu­je). Tym jed­nym przy­kła­dem Si­mon udo­wod­nił, że iden­ty­fi­ka­cja wi­zu­al­na to nie­ko­niecz­nie opa­sła książ­ka tłu­ma­czą­ca za­wi­ły grid. To tak­że (a ra­czej przede wszyst­kim) ze­staw przy­dat­nych i roz­po­zna­wal­nych ele­men­tów.

Max Ku­eh­ne i Ca­ro­lin Rau­en z Pa­per­lux przy­wró­ci­li mi wia­rę w pa­pier (mo­gły nią za­chwiać wy­stą­pie­nia zwią­za­ne z no­wy­mi me­dia­mi, któ­rych też nie za­bra­kło). Ich pra­cow­nia pro­jek­to­wa łą­czy kre­ację z pro­duk­cją. Nie mu­szą się zma­gać z dru­kar­nią, któ­ra stwier­dzi „nie da się tego zro­bić”. Za­miast tego sami mo­gą eks­pe­ry­men­to­wać, co po­zwa­la im na bar­dzo ory­gi­nal­ne pro­jek­ty. Wy­star­czy przyj­rzeć się ich re­ali­za­cjom (po­le­cam szcze­gól­nie okład­ki dla No­vum i pa­kiet dru­ków na chrzest luk­su­so­we­go li­niow­ca Ms Eu­ro­pa 2) i li­ście klien­tów (A­le­xan­der McQu­een, Her­mes, Gol­den Ca­me­ra), że­by uwie­rzyć, że ta­kie po­dej­ście się opła­ca.

Jed­nym z naj­lep­szych wy­stą­pień na­le­ża­ło do Kate Mo­ross, 27-let­niej Bry­tyj­ki o ko­lo­ro­wych wło­sach z gi­gan­tycz­nym za­pa­sem ener­gii. Zu­peł­nie mi nie pod­ro­dze z pun­ko­wą es­te­ty­ką, z któ­rej wy­wo­dzi się pro­jek­tant­ka, jesz­cze mniej mam wspól­ne­go z ty­pem zle­ceń, któ­rych się po­dej­mu­je (wi­de­okli­py, wi­zu­ali­za­cje, aran­ża­cja prze­strze­ni). In­te­re­su­ją­cy był jed­nak styl pra­cy, któ­ry Kate za­pre­zen­to­wa­ła. Punk­tem wyj­ścia by­ło stwier­dze­nie, że nie mu­si­my wszyst­kie­go wie­dzieć od po­cząt­ku, że na­sze umie­jęt­no­ści nie mo­gą nas ogra­ni­czać. Każ­dy pro­jekt to nowe wy­zwa­nie i tak na­praw­dę trze­ba na­uczyć się, jak je zre­ali­zo­wać. Wi­sien­ką na tor­cie był je­den z ostat­nich slaj­dów. Kate wy­świe­tli­ła krót­ką i pro­stac­ką ani­ma­cję przed­sta­wia­ją­cą fla­gę po­wie­wa­ją­cą na pa­gór­ku – je­den z tu­to­ria­li, któ­ry zro­bi­ła, ucząc się Ci­ne­ma 4D. Ile od­wa­gi i dy­stan­su do sie­bie po­trze­ba, że­by tak otwar­cie przy­zna­wać się do swo­ich nie­do­sko­na­ło­ści! To by­ło ogrom­nie in­spi­ru­ją­ce.

Narzekanie
Nie na wszyst­kie wy­sta­pie­nia re­ago­wa­łam jed­nak rów­nie en­tu­zja­stycz­nie. Ne­vil­le Bro­dy wy­wo­łał u mnie sen­ność, Ann Bes­se­mans (k­tó­ra mó­wi­ła o rze­czy waż­nej i wy­da­wa­ła się ze wszech miar sym­pa­tycz­na) by­ła jak wy­ję­ta z bar­dzo po­waż­nej na­uko­wej kon­fe­ren­cji, ja­kie pa­mię­tam z cza­sów stu­diów fi­lo­lo­gicz­nych, i wrzu­co­na mię­dzy show­me­nów ni­czym z TED Talks, a Jes­si Walsh słu­cha­ło mi się trud­no, bo po pro­stu nie prze­pa­dam za stu­diem Sag­me­ister & Walsh.

Atmosfera
Kon­fe­ren­cje tego typu ma­ją też faj­ną at­mos­fe­rę, któ­ra wła­ści­wie zno­si róż­ni­cę po­mię­dzy pro­jek­tan­ta­mi­-fej­mu­sa­mi a ma­lucz­ki­mi ludź­mi. Moż­na po­dejść do wła­ści­wie każ­de­go, po­roz­ma­wiać czy na­wet po­ka­zać swo­je pra­ce. Dla mnie Ty­po­ Ber­lin by­ło oka­zją, że­by po­znać Mar­ti­nę FlorGiu­sep­pe Sa­ler­no, au­to­rów świet­nej ini­cja­ty­wy Let­te­ring vs. Cal­li­gra­phy.

Inne aktywności i rower
Ogrom atrak­cji spra­wił, że nie mia­łam wła­ści­wie cza­su na zre­ali­zo­wa­nie mo­je­go pla­nu po­bocz­ne­go, któ­ry obej­mo­wał od­wie­dze­nie mnó­stwa mu­ze­ów i kul­tu­ral­nych in­sty­tu­cji. Ogra­ni­czy­łam się więc do spa­ce­ru po Pren­zlau­er Berg i przy­sło­wio­we­go po­ca­ło­wa­nia klam­ki w ga­le­rii Mota Ita­lic (o­bie­cu­ję so­bie od­wie­dzić ich w do­god­niej­szym ter­mi­nie).



W nie­dzie­lę do­łą­czy­łam do wy­ciecz­ki ro­we­ro­wej pod prze­wod­nic­twem Eri­ka Spi­ker­man­na, Jür­ge­na Sie­ber­ta i in­nych prze­wod­ni­ków. Przyj­rze­li­śmy się iden­ty­fi­ka­cji wi­zu­al­nej trans­por­tu miej­skie­go w Ber­li­nie, uli­cy pra­so­wej, nie­le­gal­nym ak­cjom w Kreu­zberg i ty­po­gra­fii Ber­li­na wschod­nie­go. Pro­sto z wy­ciecz­ki mu­sia­łam już pę­dzić na po­ciąg. Po­zo­sta­je mi ma­rzyć tyl­ko, że i w przy­szłym roku uda mi się wy­brać do Ber­li­na w rów­nie atrak­cyj­nych oko­licz­no­ściach.

piątek, 24 maja 2013

Photo Fringe: Polaroid Gigante

Moja re­la­cja z fo­to­gra­fią jest trud­na. O ile wie­le gra­ficz­nych spo­so­bów wy­ra­zu ła­pię bez więk­sze­go pro­ble­mu, o tyle z fo­to­gra­fią mam pro­blem. Pró­bu­ję się na­uczyć, ale nie wy­cho­dzi. Moim ostat­nim od­kry­ciem jest lomo, któ­re po­zwa­la mi wresz­cie spu­ścić z tonu, prze­stać uwa­dać, że po­tra­fię zro­bić mo­ją lu­strzan­ką wy­bit­ne fo­to­gra­fie, a za­cząć po pro­stu utrwa­lać wspo­mnie­nia.

Dla­te­go za­in­te­re­so­wa­ła mnie wy­sta­wa Po­la­ro­id Gi­gan­te w ra­mach pierw­szej edy­cji Kra­ków Pho­to Frin­ge. Czu­ję, że Po­la­ro­id to ma­szyn­ka, z któ­rą mo­gła­bym się za­przy­jaź­nić. A jed­nak zdję­cia wy­sta­wio­ne w ga­le­rii A1 (ul. Ka­no­ni­cza 1, pro­sto, w lewo i po schod­kach w dół) da­le­kie są od ama­torsz­czy­zny. Ma­ją wa­lor do­ku­men­ta­cyj­ny w tym sen­sie, że bar­dzo sil­nie sku­pia­ją się na obiek­tach. W przy­pad­ku zdjęć Che­my Ma­do­za czy przy­po­mi­na­ją­cych przed­sta­wie­nia mar­twej na­tu­ry ni­czym spod pędz­la ni­der­landz­kich mi­strzów fo­to­gra­fii Ma­nu­ela Vi­la­ri­no czy wresz­cie igra­ją­cych z gra­wi­ta­cją pra­cach Ouki Le­ele fi­zycz­ność, na­ma­cal­ność obiek­tów jest na pierw­szym pla­nie. Jed­nak oświe­tle­nie i kom­po­zy­cja, choć cza­sem uda­ją przy­pad­ko­we, są pie­czo­ło­wi­cie usta­wio­ne.



Kie­dy zo­ba­czy­łam te zdję­cia w po­tę­znym for­ma­cie (50x60 cm) ze wspa­nia­łym świa­tłem (Ma­doz, Vi­la­ri­no) ge­nial­ną pra­cą z mo­de­lem (Ri­car­do Mar­tin) czy in­try­gu­ją­cą fak­tu­rą (Ro­ber­to Chi­char­ro) za­czę­łam się za­stan­wiać, jak moż­na osią­gnąć taki efekt tak ma­łym apa­ra­ci­kiem. I przede wszyst­kim: jak z cze­goś tak ma­łe­go dru­ko­wać tak wiel­kie od­bit­ki? Szyb­ka kwe­ren­da zmie­ni­ła moje na­sta­wie­nie. Apa­ra­cik nie jest ma­ły. Jest gi­gan­tycz­ny. W pew­nym sen­sie przy­po­mi­na pierw­szy kom­pu­ter. Po­dob­no jest ich tyl­ko pięć na świe­cie. Je­den z nich jest w po­sia­da­niu no­wo­jor­skie­go stu­dia, któ­re swo­ją na­zwę wzię­ło wła­śnie od wy­mia­rów od­bi­tek. Do No­we­go Jor­ku da­le­ko, ale wy­sta­wę moż­na obej­rzeć bli­sko, w Kra­ko­wie jesz­cze przez kil­ka dni.

Foto: l.amont (Flickr)

Polaroid Gigante 50x60
Galeria A1 Inst. Hist. Arch. i Kons. Zab. PKWA
ul. Kanonicza 1
07.05–31.05

wtorek, 16 kwietnia 2013

Miejsce do pracy

Na co dzień więk­szość cza­su po­świę­co­ne­go pra­cy spę­dzam w agen­cji. Mamy open spa­ce, któ­ry ma mnó­stwo za­let, ale nie brak mu też wad. Moż­na się po­śmiać, a memy roz­prze­strze­nia­ją się bły­ska­wicz­nie. Z dru­giej stro­ny trud­no się sku­pić, gdy ktoś aku­rat po raz sie­dem­na­sty od­słu­chu­je tej sa­mej ra­diów­ki. Kie­dy kich­nę, dwa­dzie­ścia osób od­krzy­ku­je mi „na zdro­wie”. Wię­cej niż dwie oso­by roz­ma­wia­ją­ce w tym sa­mym cza­sie przez te­le­fon nie wcho­dzą w grę. Je­śli nie jest się pew­nym ja­kie­goś roz­wią­za­nia, moż­na prze­pro­wa­dzić szyb­ki test ko­ry­ta­rzo­wy (co jest za­rów­no za­le­tą, jak i wa­dą).

Pra­ca w domu jest trud­niej­sza. Niby mam spo­kój, nikt mi nie prze­szka­dza (po­za ko­tem, któ­ry lubi sie­dzieć na ta­ble­cie, gryźć nici in­tro­li­ga­tor­skie i zrzu­cać przed­mio­ty ze sto­łu). Z dru­giej stro­ny ko­niecz­ność zmie­nia­nia ma­łe­go po­ko­ju dzien­ne­go w biu­ro, stu­dio fo­to­gra­ficz­ne, pra­cow­nię in­tro­li­ga­tor­ską i bóg wie co jesz­cze jest do­syć kło­po­tli­we. To wszyst­ko spra­wia, że trud­no mi wy­brać, gdzie wo­lę pra­co­wać. Zda­rza mi się przyjść do pra­cy wcze­śniej, że­by po­pra­co­wać w agen­cji (ta­blet In­tu­osa i roz­sąd­nych roz­mia­rów mo­ni­tor to nie­za­prze­czal­ne za­le­ty), ale też bio­rę cza­sem pra­cę do domu, że­by móc po­my­śleć w sku­pie­niu.

Nie raz i nie dwa zda­rza­ło mi się ma­rzyć ze zna­jo­my­mi o faj­nej prze­strze­ni, w któ­rej róż­ni lu­dzie mo­gli­by pra­co­wać: po­ma­gać so­bie na­wza­jem, ale nie prze­szka­dzać. Za­wsze w ta­kich chwi­lach przy­wo­ły­wa­li­śmy no­wo­jor­skie Stu­dio Ma­tes. Od paru lat w Pol­sce roz­kwi­ta­ją ta­kie prze­strze­nie co­-wor­kin­go­we pod ta­ki­mi ha­sła­mi jak Fa­bLab czy Hac­ker­spa­ce. A w Kra­ko­wie bu­du­je się Wy­twór­nia. Je­stem nie­sa­mo­wi­cie pod­eks­cy­to­wa­na. Ma być wspól­na prze­strzeń, pro­fe­sjo­nal­ne wy­po­sa­że­nie (dru­kar­ka 3D!) bę­dzie współ­pra­ca, warsz­ta­ty, pro­mo­cja twór­ców i wej­ście na kar­net. Mo­że wy­ro­śnie mi pod bo­kiem ide­al­ne miej­sce do pra­cy?

Bardziej rzeczowe informacje i wypowiedzi założycieli są tutaj.

Zdjęcie podprowadzone stąd.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Ligatura „Th”

Zwy­kle dzie­lę li­ga­tu­ry we­dług kry­te­riów funk­cjo­nal­nych, to jest na ob­li­ga­to­ryj­ne i es­te­tycz­ne. Te dru­gie zwy­kłam trak­to­wać jak al­ter­na­cje kon­tek­sto­we. Mo­gą faj­nie wy­glą­dać w wy­bu­ja­łym ty­tu­le czy na okład­ce ma­ga­zy­nu ko­bie­ce­go. Te pierw­sze do dla mnie li­ga­tu­ry ję­zy­ko­we (nor­we­skie æ to jed­nak co in­ne­go niż ae), a tak­że li­ga­tu­ry, któ­re w nie­któ­rych kro­jach wy­mu­sza­ne są przez prze­wiesz­ki (tu kla­sycz­ny przy­kład fi, w któ­rym gór­na część f skle­ja się z krop­ką nad i) – ta gru­pa po­win­na być do­myśl­nie włą­czo­na.

Zwra­ca­no nam na AK­T-cie uwa­gę na frag­ment Ele­men­ta­rza sty­lu, w któ­rym Brin­ghurst za­uwa­ża, że w pi­smach z se­rii Ado­be Ori­gi­nal au­to­ma­tycz­nie dzia­ła też li­ga­tu­ra Th. Wy­bór Ro­ber­ta Slim­ba­cha (bo to on od­po­wia­da w du­żej mie­rze za ta­ką de­cy­zję) dys­ku­to­wa­li cie­ka­wie użyt­kow­ni­cy Ty­po­phi­le tutu, zwracając między innymi uwagę na kwestię wersalików i ka­pitalików. Wszyst­ko to wzbu­dzi­ło u mnie nie­chęć do rze­czo­nej li­ga­tu­ry, za­pew­ne na za­sa­dzie: sko­ro coś jest kon­tro­wer­syj­ne, to le­piej tego uni­kać. Ostat­nio jed­nak od­ko­pa­łam zdję­cie, któ­re zro­bi­łam w kruż­gan­kach De­an's Yard w West­min­ster Ab­bey.

Mo­że li­ga­tu­ra Th nie na­da­je się do tek­stu cią­głe­go, ale po­tra­fi być wspa­nia­ła i ma­je­sta­tycz­na, je­śli sto­su­je się ją do epi­gra­fów, a za­pew­ne też w ozdob­nych pi­san­kach (przy­kład tu­taj) lub w ka­li­gra­fii.

piątek, 12 kwietnia 2013

Londyńskie metro, cz. 2

Mamy w miesz­ka­niu osob­ną pół­kę na rze­czy po­ży­czo­ne. Zaj­rza­łam tam ostat­nio, że­by spraw­dzić, czy nie prze­trzy­mu­ję cu­dzej wła­sno­ści dłu­żej, niż po­zwa­la na to do­bre wy­cho­wa­nie. Zna­la­złam Type & Ty­po­gra­phy – wy­bór ar­ty­ku­łów z cza­so­pi­sma „Ma­trix, the re­view for prin­ters & bi­blio­phi­les” (Ka­ro­li­no, wkrót­ce zwró­cę!) a w nim tekst o Joh­sto­nie, któ­ry do­brze uzu­peł­nia moje wcze­śniej­sze uwa­gi.

Au­to­rem ar­ty­ku­łu jest Co­lin Banks, któ­ry ra­zem ze swo­im part­ne­rem za­wo­do­wym, Joh­nem Mi­le­sem, przy­go­to­wy­wał w la­tach 80 no­wą wer­sję pi­sma Joh­sto­na dla lon­dyń­skie­go me­tra. Tekst jest do­syć oso­bi­sty i spo­ro w nim ża­lu i kry­ty­ki wo­bec au­to­ra ory­gi­nal­ne­go pi­sma, któ­ry oka­zał się czło­wie­kiem trud­nym we współ­pra­cy. Za­sad­ni­cza część ar­ty­ku­łu to ana­li­za za­sad do­ty­czą­cych ker­nin­gu, ja­kie przy­jął John­ston.

Przede wszyst­kim dą­żył on do uzy­ska­nia ta­kie­go spo­so­bu cię­cia li­ter (mó­wi­my tu o me­ta­lu), któ­ry po­zwo­lił­by na skład bez uży­cia pu­ste­go ma­te­ria­łu do re­gu­la­cji świa­teł mię­dzy­li­te­ro­wych. Jego ide­ą fix by­ła gru­bość kre­ski, któ­ra po­win­na być taka sama dla wszyst­kich zna­ków. Pod­sta­wę sta­no­wić mia­ło o, któ­re­go świa­tło we­wnętrz­ne mie­rzy­ło­by dwu­krot­ną gru­bość kre­ski. Ta­kie też mia­ło być świa­tło po­mię­dzy o a ko­lej­ną li­te­rą i tak aż do koń­ca wy­ra­zu.

Banks zwra­ca uwa­gę, że rok, w któ­rym pi­smo Joh­sto­na od­da­no do użyt­ku, to tak­że rok wy­da­nia Ty­po­gra­phi­cal Prin­ting Sur­fe­ces – dzie­ła sze­ro­ko pre­zen­tu­ją­ce­go ko­niecz­nem ody­fi­ka­cje optycz­ne li­ter, jak ko­rek­ta li­nii po­zio­mych, któ­re za­wsze wy­da­ją się grub­sze niż pio­no­we, czy za­pro­jek­to­wa­nie li­ter o i V tak, by prze­kra­cza­ły de­li­kat­nie li­nię ba­zo­wą i – w dru­gim przy­pad­ku – wy­so­ko­ści x.

Jeśli kon­tro­wer­syj­ne de­cy­zje Joh­sto­na mie­li­by­śmy uspra­wie­dli­wiać, na­le­ża­ło­by zwró­cić uwa­gę na fakt, że jak su­ge­ru­je Banks, Joh­ston praw­do­po­dob­nie nie wie­dział lub nie prze­wi­dział, że jego li­te­ry mo­gą być sto­so­wa­ne ina­czej niż jako ma­lo­wa­ne przez ma­la­rzy zna­ków, w któ­rej to tech­ni­ce od­sad­ki nie ma­ją prze­cież zna­cze­nia.


Źródło: Colling Banks, Edward Johston and Letter Spacing in: Type and Typography. Higlights form Matrix, the review for printers & bibliophiles, ed. John Randle, John D. Berry, (New York: Mark Batty, 2003), 344–353.

środa, 10 kwietnia 2013

Sztuka odmowy

Sza­le­nie za­in­spi­ro­wa­ło mnie wy­stę­pie­nie Ja­so­na San­ta Ma­rii w ra­mach no­wo­jor­skiej edy­cji Cre­ati­ve Mor­nings (k­toś wie, kie­dy ru­szy war­szaw­ska? albo kie­dy po­ja­wi się kra­kow­ska?). Ja­son mówił o tym, jak w trak­cie swo­jej ka­rie­ry jako wol­ny strze­lec uczył się mó­wić „nie”. Opo­wia­dał o tym, jak wpa­ko­wał się w pro­jekt, któ­ry – choć nie był zbyt eks­cy­tu­ją­cy – miał po­móc mu sta­nąć na nogi i za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy na po­czą­tek. Osta­tecz­nie Ja­son stra­cił wię­cej ner­wów, niż za­ro­bił pie­nię­dzy. Więc nie by­ło war­to.

Kil­ka wy­mie­nio­nych w wy­stą­pie­niu wy­znacz­ni­ków, któ­ry­mi war­to się kie­ro­wać przy an­ga­żo­wa­niu się w pro­jek­ty, to m.in: czy klient nie jest kom­plet­nym dzi­wa­kiem (czy nie pi­sze zbyt dłu­gich lub zbyt krót­kich ma­ili? ja­kie robi pierw­sze wra­że­nie?) oraz czy na­praw­dę po­trze­bu­je się pie­nię­dzy (czy mam dach nad gło­wą? je­dze­nie w lo­dów­ce?). Ja­son mó­wi o świa­do­mym kształ­to­wa­niu ścież­ki za­wo­do­wej, spe­cja­li­za­cji, o znaj­do­wa­niu cza­su na wła­sne pro­jek­ty. Wszyst­ko to brzmi nie­sa­mo­wi­cie in­spi­ru­ją­co, czło­wiek ma ocho­tę od­rzu­cić po­ło­wę zle­ceń, za­jąć się rę­ko­dzie­łem i żyć w har­mo­nii.

My­ślę jed­nak, że taka po­sta­wa wy­ma­ga ogrom­nej od­wa­gi. Teo­re­tycz­nie mo­gę so­bie po­zwo­lić na od­rzu­ce­nie do­wol­nej licz­by pro­po­zy­cji, bo to nie jest moje głów­ne źró­dło utrzy­ma­nia. Jed­no­cze­śnie mam po­czu­cie, że rezygnując z jakiejś współpracy, tra­cę fan­ta­stycz­ną oka­zję, że­by się cze­goś na­uczyć, bo w tej chwi­li pra­ca nad danym zle­ce­niem jest dla mnie przede wszyst­kim na­uką, spraw­dzia­nem i zdo­by­wa­niem do­świad­cze­nia. Poza tym je­śli raz po­wiem nie, to już wię­cej mnie nie za­pro­szą do współ­pra­cy, praw­da? A jed­no­cze­śnie po­tra­fię znie­na­wi­dzić pro­jekt, któ­ry miał być wspa­nia­łą przy­go­dą, je­śli tyl­ko cią­gnie się zbyt dłu­go. Mam wra­że­nie, że je­stem krót­ko­dy­stan­sow­cem, ma­ra­ton nie dla mnie, za szyb­ko tra­cę ser­ce do pro­jek­tu. Na­wet je­śli współ­pra­cu­ję z wspa­nia­ły­mi ludź­mi i je­stem cią­gle mo­ty­wo­wa­na, to trud­no mi sku­pić się nad czymś, cze­go ko­niec jest zbyt od­le­gły (tj. wy­kra­cza poza trzy mie­sią­ce). Mo­że to po­wi­nien być mój wy­znacz­nik, kie­dy na­le­ży po­wie­dzieć „nie”?

Slajd z wystąpienia. Jason dał mi (nam) prawo mówić „nie”.