Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Londyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Londyn. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Ligatura „Th”

Zwy­kle dzie­lę li­ga­tu­ry we­dług kry­te­riów funk­cjo­nal­nych, to jest na ob­li­ga­to­ryj­ne i es­te­tycz­ne. Te dru­gie zwy­kłam trak­to­wać jak al­ter­na­cje kon­tek­sto­we. Mo­gą faj­nie wy­glą­dać w wy­bu­ja­łym ty­tu­le czy na okład­ce ma­ga­zy­nu ko­bie­ce­go. Te pierw­sze do dla mnie li­ga­tu­ry ję­zy­ko­we (nor­we­skie æ to jed­nak co in­ne­go niż ae), a tak­że li­ga­tu­ry, któ­re w nie­któ­rych kro­jach wy­mu­sza­ne są przez prze­wiesz­ki (tu kla­sycz­ny przy­kład fi, w któ­rym gór­na część f skle­ja się z krop­ką nad i) – ta gru­pa po­win­na być do­myśl­nie włą­czo­na.

Zwra­ca­no nam na AK­T-cie uwa­gę na frag­ment Ele­men­ta­rza sty­lu, w któ­rym Brin­ghurst za­uwa­ża, że w pi­smach z se­rii Ado­be Ori­gi­nal au­to­ma­tycz­nie dzia­ła też li­ga­tu­ra Th. Wy­bór Ro­ber­ta Slim­ba­cha (bo to on od­po­wia­da w du­żej mie­rze za ta­ką de­cy­zję) dys­ku­to­wa­li cie­ka­wie użyt­kow­ni­cy Ty­po­phi­le tutu, zwracając między innymi uwagę na kwestię wersalików i ka­pitalików. Wszyst­ko to wzbu­dzi­ło u mnie nie­chęć do rze­czo­nej li­ga­tu­ry, za­pew­ne na za­sa­dzie: sko­ro coś jest kon­tro­wer­syj­ne, to le­piej tego uni­kać. Ostat­nio jed­nak od­ko­pa­łam zdję­cie, któ­re zro­bi­łam w kruż­gan­kach De­an's Yard w West­min­ster Ab­bey.

Mo­że li­ga­tu­ra Th nie na­da­je się do tek­stu cią­głe­go, ale po­tra­fi być wspa­nia­ła i ma­je­sta­tycz­na, je­śli sto­su­je się ją do epi­gra­fów, a za­pew­ne też w ozdob­nych pi­san­kach (przy­kład tu­taj) lub w ka­li­gra­fii.

piątek, 12 kwietnia 2013

Londyńskie metro, cz. 2

Mamy w miesz­ka­niu osob­ną pół­kę na rze­czy po­ży­czo­ne. Zaj­rza­łam tam ostat­nio, że­by spraw­dzić, czy nie prze­trzy­mu­ję cu­dzej wła­sno­ści dłu­żej, niż po­zwa­la na to do­bre wy­cho­wa­nie. Zna­la­złam Type & Ty­po­gra­phy – wy­bór ar­ty­ku­łów z cza­so­pi­sma „Ma­trix, the re­view for prin­ters & bi­blio­phi­les” (Ka­ro­li­no, wkrót­ce zwró­cę!) a w nim tekst o Joh­sto­nie, któ­ry do­brze uzu­peł­nia moje wcze­śniej­sze uwa­gi.

Au­to­rem ar­ty­ku­łu jest Co­lin Banks, któ­ry ra­zem ze swo­im part­ne­rem za­wo­do­wym, Joh­nem Mi­le­sem, przy­go­to­wy­wał w la­tach 80 no­wą wer­sję pi­sma Joh­sto­na dla lon­dyń­skie­go me­tra. Tekst jest do­syć oso­bi­sty i spo­ro w nim ża­lu i kry­ty­ki wo­bec au­to­ra ory­gi­nal­ne­go pi­sma, któ­ry oka­zał się czło­wie­kiem trud­nym we współ­pra­cy. Za­sad­ni­cza część ar­ty­ku­łu to ana­li­za za­sad do­ty­czą­cych ker­nin­gu, ja­kie przy­jął John­ston.

Przede wszyst­kim dą­żył on do uzy­ska­nia ta­kie­go spo­so­bu cię­cia li­ter (mó­wi­my tu o me­ta­lu), któ­ry po­zwo­lił­by na skład bez uży­cia pu­ste­go ma­te­ria­łu do re­gu­la­cji świa­teł mię­dzy­li­te­ro­wych. Jego ide­ą fix by­ła gru­bość kre­ski, któ­ra po­win­na być taka sama dla wszyst­kich zna­ków. Pod­sta­wę sta­no­wić mia­ło o, któ­re­go świa­tło we­wnętrz­ne mie­rzy­ło­by dwu­krot­ną gru­bość kre­ski. Ta­kie też mia­ło być świa­tło po­mię­dzy o a ko­lej­ną li­te­rą i tak aż do koń­ca wy­ra­zu.

Banks zwra­ca uwa­gę, że rok, w któ­rym pi­smo Joh­sto­na od­da­no do użyt­ku, to tak­że rok wy­da­nia Ty­po­gra­phi­cal Prin­ting Sur­fe­ces – dzie­ła sze­ro­ko pre­zen­tu­ją­ce­go ko­niecz­nem ody­fi­ka­cje optycz­ne li­ter, jak ko­rek­ta li­nii po­zio­mych, któ­re za­wsze wy­da­ją się grub­sze niż pio­no­we, czy za­pro­jek­to­wa­nie li­ter o i V tak, by prze­kra­cza­ły de­li­kat­nie li­nię ba­zo­wą i – w dru­gim przy­pad­ku – wy­so­ko­ści x.

Jeśli kon­tro­wer­syj­ne de­cy­zje Joh­sto­na mie­li­by­śmy uspra­wie­dli­wiać, na­le­ża­ło­by zwró­cić uwa­gę na fakt, że jak su­ge­ru­je Banks, Joh­ston praw­do­po­dob­nie nie wie­dział lub nie prze­wi­dział, że jego li­te­ry mo­gą być sto­so­wa­ne ina­czej niż jako ma­lo­wa­ne przez ma­la­rzy zna­ków, w któ­rej to tech­ni­ce od­sad­ki nie ma­ją prze­cież zna­cze­nia.


Źródło: Colling Banks, Edward Johston and Letter Spacing in: Type and Typography. Higlights form Matrix, the review for printers & bibliophiles, ed. John Randle, John D. Berry, (New York: Mark Batty, 2003), 344–353.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Londyńskie metro

W tym roku lon­dyń­ska tuba ob­cho­dzi swo­je 150 uro­dzi­ny. W 1913 roku, czy­li 100 lat temu, za­mó­wio­no o bry­tyj­skie­go ka­li­gra­fa Edwar­da John­sto­na krój, któ­ry miał być uży­wa­ny w ozna­ko­wa­niu me­tra. Pi­smo mia­ło być za­ko­rze­nio­ne w tra­dy­cji, ale no­wo­cze­sne. Krój od­da­ny i wdro­żo­ny trzy lata póź­niej fak­tycz­nie taki był: opie­rał się na rzym­skich pro­por­cjach, ale sta­wiał na czy­tel­ność i mi­ni­ma­lizm.

Joh­ston opra­co­wał tyl­ko jed­ną od­mia­nę, któ­rej gru­bość usta­lił mie­rząc gru­bość li­nii uło­żo­nej z sied­miu ołów­ków o rom­bo­ida­lym prze­kro­ju (!). Kształt rom­bu po­wtó­rzo­ny zo­stał tak­że w krop­kach nad j. Inne cha­rak­te­ry­stycz­ne ce­chy pi­sma Joh­sto­na to do­sko­na­le kwa­dra­to­we M i rów­nie do­sko­na­le okrą­głe . To dru­gie na­wią­zu­je zresz­tą do uży­wa­ne­go od 1908 roku loga lon­dyń­skie­go me­tra: czer­wo­ne­go ko­ła, przez któ­re prze­cho­dzi po­zio­mo gra­na­to­wa bel­ka z na­pi­sem Un­der­gro­un­d czy na­zwą sta­cji. John­ston od­świe­żył logo zmie­nia­jąc ko­ło w okrąg, do­da­jąc bel­ce bia­łą we­wnętrz­ną ram­kę.



Krój za­pro­jek­to­wa­ny przez Joh­sto­na i przy­go­to­wa­ny jako in­struk­cja ma­lo­wa­nia zna­ków oraz czcion­ki me­ta­lo­we i drew­nia­ne funk­cjo­no­wał do 1979, kie­dy mo­der­ni­za­cji pi­sma do­ko­na­ła fir­ma Bank­s&Mi­les. Po­pra­wio­no wów­czas pro­por­cje, do­da­no od­mia­nę kur­syw­ną oraz dwie do­dat­ko­we gru­bo­ści (przed któ­ry­mi sam au­tor moc­no się wzbra­niał).

Wraz z na­sta­niem ko­lej­nej re­wo­lu­cji tech­no­lo­gicz­nej krój zdi­gi­ta­li­zo­wa­ła fir­ma Mo­no­ty­pe – jej New John­ston do dziś jest ofi­cjal­nym kro­jem Trans­port for Lon­don.



Dziś na ryn­ku do­stęp­nych jest kil­ka wer­sji. P22 się­gnę­ło do ory­gi­nal­nych stem­pli Joh­sto­na prze­cho­wy­wa­nych w lon­dyń­skim mu­zeum trans­por­tu i na ich pod­sta­wie po­wstał John­ston Un­der­gro­un­d uzu­peł­nio­ny o al­ter­na­cje sty­li­stycz­ne i kil­ka do­dat­ko­wych gli­fów. W 2007 uka­za­ła się wer­sja po­sze­rzo­na i po­pra­wio­na Un­der­gro­und Pro­. W skład tej ro­dzi­ny wcho­dzą od­mia­ny bar­dzo cien­kie, bar­dzo gru­be oraz do tek­stu cią­głe­go, brak jed­nak – tak jak w ory­gi­na­le – od­mia­ny po­chy­łej. Uka­za­ła się też wer­sja ba­si­c, któ­ra po­sia­da tro­chę za­baw­nych od­mian pla­ka­to­wych.



Je­dy­ną wer­sją, któ­ra po­sia­da pe­łen pol­ski ze­staw zna­ków jest pięk­ny ITC John­ston za­pro­jek­to­wa­ny przez Fa­reya i Daw­so­na. Krój ma po­pra­wio­ną czy­tel­ność, co wi­dać zwłasz­cza w mniej­szych stop­niach pi­sma – wy­star­czy spoj­rzeć na przy­łą­cze­nie la­ski w m czy . Cie­ka­wa jest też kur­sy­wa – nie po­chy­lo­na zbyt sil­nie, ale wy­ko­rzy­stu­ją­ca ce­chy pi­sma po­chy­łe­go (np. jed­no­pię­tro­we g).



John­ston był jed­nym z pierw­szych pism bez­sze­ry­fo­wych XX wie­ku i wie­lu póź­niej­szych ty­po­gra­fów na­wią­zy­wa­ło do tego pro­jek­tu. Cie­ka­wym po­my­słem jest nie­co lżej­sza A­gen­da­ z cie­ka­wy­mi za­koń­cze­nia­mi fir­mo­wa­na przez Font Bu­re­au. A przede wszyst­kim w tra­dy­cję pi­sma John­sto­na wpi­su­je się Gill Sans – Eric Gill był uczniem John­sto­na i do­świad­cze­nia zdo­by­te w pra­cy nad pi­smem dla lon­dyń­skie­go me­tra wy­ko­rzy­stał póź­niej we wła­snym, bar­dziej już hu­ma­ni­stycz­nym pro­jek­cie.

Dla praw­dzi­wych fa­nów ty­po­gra­fii i lon­dyń­skiej tuby: John­sto­n's Un­der­gro­und Ty­pe­ – książ­ka po­świę­co­na tyl­ko i wy­łącz­nie hi­sto­rii tego kro­ju.

Źródła: Wired, Planet Typography, Connections.

piątek, 18 stycznia 2013

Trzy dni w Londynie

Trzy dni w Lon­dy­nie to do­kład­nie taka ilość, któ­ra nie po­zwa­la się na­sy­cić, a je­dy­nie za­ostrza ape­tyt. Za­chły­snę­łam się. Wszyst­kie­go tam tak du­żo: te­atró­w*, mu­ze­ó­w**, księ­garń. Na­gle oka­zu­je się, że te wszyst­kie książ­ki, al­bu­my i ma­ga­zy­ny ist­nie­ją na­praw­dę, a nie tyl­ko w In­ter­ne­cie, że moż­na zo­ba­czyć In­for­ma­tion is Be­au­ti­ful na pa­pie­rze albo ku­pić Vo­gu­e’a bez em­pi­ko­wej mar­ży.
Pech chciał, że aku­rat tego dnia, kie­dy wy­pa­da­ło na­sze bu­szo­wa­nie po księ­gar­niach w oko­li­cach St Mar­tins Lane, za­po­mnia­łam za­brać z ho­te­lu apa­rat. Osta­tecz­nie jed­nak nie tra­fili­śmy do le­gen­dar­ne­go an­ty­kwa­ria­tu, gdzie moż­na ku­pić (al­bo przy­naj­mniej zo­ba­czyć) eg­zem­plarz Sher­loc­ka Hol­me­sa z au­to­gra­fem au­to­ra, więc stra­ta nie jest aż tak wiel­ka.

Naj­bar­dziej spodo­ba­ła mi się chy­ba Mag­ma w Co­vent Gar­den. To mi­kro sieć księ­garń, któ­ra urze­kła mnie do­syć au­tor­skim wy­bo­rem ofe­ro­wa­nych ksią­żek. Nie ko­niecz­nie sprze­da­ją tam wszyst­kie pod­ręcz­ni­ki do di­zaj­nu, ale za to jest mnó­stwo ko­mik­sów, ksią­żek au­tor­skich i cza­so­pism. Spe­cy­ficz­ny jest też spo­sób ich pre­zen­ta­cji: zde­cy­do­wa­ną więk­szość wy­sta­wio­no tak, by wi­docz­ne by­ły ich okład­ki, a nie tyl­ko grzbie­ty. Tam też ku­pi­łam Acne Pa­per, ma­ga­zyn, któ­re­go chcia­łam do­tknąć, od kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­łam te dwie roz­kła­dów­ki:



via Pascal Grob

Mam sła­bość do ja­snych stro­nic i Acne Pa­per pre­zen­tu­je lek­kie li­ter­nic­two w naj­lep­szym sty­lu na nie­po­wle­ka­nym, mięk­kim pa­pie­rze. Przy tak gi­gan­tycz­nym for­ma­cie (k­tó­re­go wiel­kie płach­ty przy­jem­nie prze­le­wa­ją się przez rę­ce) cięż­kie i tłu­ste li­te­ry zu­peł­nie by się nie spraw­dzi­ły. Do tego na okład­kach (bo są trzy wer­sje) ostat­nie­go nu­me­ru wy­dru­ko­wa­no fo­to­gra­fie Bri­git­te La­com­be. Trud­no by­ło po­wstrzy­mać się przed ku­pie­niem wszyst­kich wa­rian­tów. Jej por­tre­ty to ten ro­dzaj fo­to­gra­fii, któ­rą po­tra­fię się ab­so­lut­nie za­chły­snąć, są tak do­sko­na­łe. Moż­na to też ująć kró­cej: Acne Pa­per pu­bli­ku­je zdję­cia Ri­char­da Ave­do­na i po­ni­żej tego po­zio­mu sta­ra się nie scho­dzić.





Mo­głam też przyj­rzeć się ksią­żecz­kom z se­rii Wreck This Jo­ur­nal, któ­re dzia­ła­ją jak od­trut­ka dla tych, któ­rzy nad­mier­nie dba­ją o swo­ich pa­pie­ro­wych przy­ja­ciół. Te książ­ki słu­żą bo­wiem do nisz­cze­nia. Każ­da stro­na za­wie­ra po­le­ce­nie: po­dziur­kuj tę stro­nę, przy­tknij tu ła­pę ja­kie­goś zwie­rza­ka, za­kop ten dzien­nik i od­kop po upły­wie jed­nej doby. In­ter­net pę­ka od zdjęć już znisz­czo­nych dzien­ni­ków. Być mo­że i mnie, głasz­czą­cej ja­sne stro­ni­ce Acne Pa­per, przy­da­ła­by się taka te­ra­pia.


via www.buy­olym­pia­.com

* W po­bli­żu był sklep z bu­ta­mi do tań­ca. Do­kład­nie ta­ki­mi, o ja­kich ma­rzy­łam.
** Te mnie aku­rat znie­chę­ci­ły. Tate Mo­dern by­ło tak za­tło­czo­ne, że już do żad­ne­go nie po­szłam.