Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wystawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wystawy. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 maja 2014

Typo Berlin 2014

Lu­bię słu­chać lu­dzi, któ­rzy opo­wia­da­ją o czymś istot­nym, co wy­da­rzy­ło się w ich ży­ciu – tak­że w ży­ciu za­wo­do­wym. Dla­te­go po­tra­fię spę­dzić go­dzi­ny prze­glą­da­jąc na­gra­nia z TED Talks czy Cre­ati­ve Mor­nings i z tego sa­me­go po­wo­du zde­cy­do­wa­łam się znów po­je­chać na TYPO Ber­lin. Jest wśród tych nagrań taki typ wy­stą­pień, któ­re lu­bię naj­bar­dziej i któ­re naj­le­piej na­da­ją się do wy­gła­sza­nia przed du­żą pu­blicz­no­ścią. Na­zy­wam je laj­fstaj­lo­wy­mi, bo mó­wią, jak żyć i pra­co­wać, że­by ro­bić to do­brze. Mo­że się wy­da­wać, że są ma­ło przy­dat­ne, ale – umów­my się – ucze­nie pro­gra­mo­wa­nia 500–o­so­bo­wej gru­py też szcze­gól­nie do­brych skut­ków nie przy­nie­sie.



Wy­stą­pie­nie Da­nie­la Gjøde (a po czę­ści tak­że to co mó­wi­li Holm Frie­be i Har­ry Kel­ler) za­zna­cza pe­wien istot­ny zwrot w śro­do­wi­sku. Ze­wsząd sły­szę, jak lu­dzie nie­mal z cier­pięt­ni­czą du­mą opo­wia­da­ją o tym, jak du­żo pra­cu­ją, o tym, że je­śli czło­wiek na­praw­dę ko­cha, to co robi, to tak na­praw­dę mo­że pra­co­wać bez prze­rwy. Da­niel na przy­kła­dzie roz­wo­ju wła­snej fir­my po­ka­zy­wał, jak za­bój­cze dla biz­ne­su ale i dla ludz­kie­go sa­mo­po­czu­cia jest cią­głe dą­że­nie do zwięk­sze­nia pro­duk­tyw­no­ści. „I­le razy zda­rzy­ło się wam my­śleć «Och, gdy­bym miał jesz­cze ty­dzień, mógł­bym po­cią­gnąć ten pro­jekt w ta­ką czy in­ną stro­nę­?»” – py­tał. I mó­wił, że wów­czas na­le­ży dać pro­jek­tan­to­wi ten ty­dzień. Nie ukry­wał też pew­nych eko­no­micz­nych aspek­tów, któ­re po­zwa­la­ją mu na sto­so­wa­nie ta­kie­go mo­de­lu biz­ne­so­we­go – za­trud­nia lu­dzi za­raz po stu­diach, bo ma­ją mniej­sze wy­ma­ga­nia fi­nan­so­we, dzię­ki cze­mu nie ma pre­sji, by star­to­wać w bez­płat­nych prze­tar­gach i zdo­by­wać tylu klien­tów, ilu się da.



W ku­lu­arach da­ło się sły­szeć opi­nie, że co­raz wię­cej wy­stą­pień re­kla­mu­je (i to co­raz bar­dziej agre­syw­nie) ja­kiś pro­dukt da­ne­go mów­cy i pro­jek­tan­ta. Gra­ni­ca jest tu do­syć cien­ka. Je­śli za­pra­szam ko­goś na kon­fe­ren­cję, to pew­nie ro­bię to ze wzglę­du na rze­czy, któ­re ten czło­wiek osią­gnął. Nic więc dziw­ne­go, że wy­stą­pie­nie do­ty­czy książ­ki czy ma­ga­zy­nu i przed­sta­wia pro­ces ich po­wsta­wa­nia. Pe­ter Bi­ľak, mó­wiąc o swo­im ma­ga­zy­nie Works That Work, pre­zen­to­wał idee znacz­nie bar­dziej uni­wer­sal­ne: jak zmia­ny w świe­cie wy­daw­ni­czym do­pro­wa­dzi­ły do mar­gi­na­li­za­cji czy­tel­ni­ka i jak wą­skie jest ro­zu­mie­nie pro­jek­to­wa­nia. Po­dob­nie o swo­ich książ­kach mó­wił Jo­ost Gro­otens, któ­ry po­ka­zał, że naj­nud­niej­szą część pu­bli­ka­cji (czy­li in­deks) moż­na zmie­nić w część naj­cie­kaw­szą, któ­ra po­zwo­li prze­glą­dać al­bum w nie­li­ne­ar­ny spo­sób i za­pew­ni zu­peł­nie nowe spo­so­by spoj­rze­nia na treść.




Obu wspo­mnia­nych wy­stą­pień – po­dob­nie jak wy­kła­du Pau­la van der La­ana – słu­cha­ło się bar­dzo do­brze. To nie przy­pa­dek, wszy­scy pra­cu­ją tak­że jako wy­kła­dow­cy aka­de­mic­cy i po­tra­fią w ja­sny spo­sób ob­ja­śniać pro­ce­sy. Nie­ste­ty nie wszy­scy za­pro­sze­ni go­ście mo­gli się po­chwa­lić po­dob­ny­mi umie­jęt­no­ścia­mi. Zda­rzy­ło mi się z przy­kro­ścią wy­cho­dzić z sali. Nie chcia­łam, że­by kiep­ska zna­jo­mość an­giel­skie­go czy fa­tal­nie skon­stru­owa­ny wy­kład ze­psuł­y mi do­brą opi­nię o pro­jek­tan­cie, któ­re­go pra­ce po­dzi­wiam.



Bar­dzo do­brze wy­pa­dło wy­stą­pie­nie Mu­zeum Neo­nu. Tego typu pre­zen­ta­cje ma­ją du­żą szan­sę prze­ro­dzić się w prze­gląd slaj­dów, jed­nak Da­vid Hill i Ilo­na Kar­wiń­ska mie­li nie tyl­ko świet­ne fo­to­gra­fie do po­ka­za­nia (zo­ba­czyć mia­sto oświe­tlo­ne neo­na­mi to jest co­ś!), ale też du­żo do po­wie­dze­nia o spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym neo­ny funk­cjo­no­wa­ły. To zaś jest do­brym punk­tem wyj­ścia do roz­mo­wy o tym, jak to się sta­ło, że na­sze spo­łe­czeń­stwo do­pro­wa­dzi­ło do za­la­nia miast re­kla­ma­mi i co mo­że­my zro­bić, że­by te mia­sta od­zy­skać.



Oprócz wy­kła­dów kon­fe­ren­cja mia­ła do za­ofe­ro­wa­nia spo­ro in­nych atrak­cji. We foy­er nie­ustan­nie trwa­ły ja­kieś warsz­ta­ty, głów­nie ka­li­gra­ficz­ne (kan­ce­la­re­ska, ka­li­gra­fia he­braj­ska i cal­li­gra­phic let­ter abs­trac­tion Dru­ry­’e­go Bren­na­na, któ­ry w ze­szłym roku ozdo­bił szy­by Haus der Kul­tu­ren der Welt, gdzie od­by­wa się TYPO). Sklep z pu­bli­ka­cja­mi po­świę­co­ny­mi pro­jek­to­wa­niu był nie­ustan­nie ob­lę­żo­ny. Wy­sta­wa książ­ki ho­len­der­skiej za­chę­ca­ła po­roz­sta­wia­ny­mi tu i ów­dzie krze­seł­ka­mi – moż­na by­ło spo­koj­nie usiąść i oglą­dać (zaz­drosz­czę Ho­len­drom pa­pie­ru, na­praw­dę, pra­co­wać z my­ślą o ta­kich ma­te­ria­łach i ta­kiej ja­ko­ści wy­ko­na­nia to musi być przy­jem­ność). Na dol­nym pię­trze moż­na by­ło po­ba­wić się po­wie­la­czem cy­fro­wym riso albo obej­rzeć wy­sta­wę pik­to­gra­ficz­nych pla­ka­tów Yang Liu. Te do­dat­ko­we atrak­cje do­stęp­ne by­ły za dar­mo dla każ­de­go (tak, tak, bez wy­ku­py­wa­nia wej­ściów­ki). Po­dob­nie dzie­je się prę­dzej czy póź­niej z wie­lo­ma wy­kła­da­mi – lą­du­ją na blo­gu TYPO i moż­na je spo­koj­nie obej­rzeć, nie mar­nu­jąc wcze­śniej ośmiu go­dzin w Pol­skim Bu­sie.



Czy wy­bio­rę się na TYPO w przy­szłym roku? Trud­no po­wie­dzieć. Je­dy­ną uni­kal­ną war­to­ścią tej kon­fe­ren­cji jest moż­li­wość spo­tka­nia z ludź­mi. Moż­na też po­wie­dzieć, że TYPO in­spi­ru­je, za­chę­ca do pój­ścia w no­wym kie­run­ku. Pew­nie dla­te­go tak wie­lu uczest­ni­ków to mło­dzi lu­dzie (i mó­wię tu też o so­bie). W ten spo­sób two­rzy się jed­nak pew­na prze­paść po­mię­dzy wiel­ki­mi na­zwi­ska­mi, któ­re wy­cho­dzą na sce­nę, a rze­szą uczest­ni­ków. Co z tego, że mo­gę po­dejść do Da­vi­da Car­so­na? Wła­ści­wie nie mamy o czym roz­ma­wiać, tyl­ko hołd mu moż­na zło­żyć, jak to traf­nie ujął Ro­bert. Dla­te­go je­śli przy­ja­dę jesz­cze kie­dyś w maju do Ber­li­na, to nie dla wy­kła­dów, ale dla warsz­ta­tów – że­by na­ry­so­wać kil­ka li­ter i usły­szeć roz­sąd­ne wska­zów­ki albo że­by spró­bo­wać no­wych na­rzę­dzi ka­li­gra­ficz­nych.

poniedziałek, 27 maja 2013

Osobista i obszerna relacja z Typo Berlin

Nie­roz­sąd­nie jest od­ma­wiać, kie­dy po­ja­wia się pro­po­zy­cja wy­jaz­du na kon­fe­ren­cję do Ber­li­na w do­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie i za uła­mek pod­sta­wo­wej ceny. Co praw­da nie ma już bez­po­śred­nich po­cią­gów re­la­cji Kra­kó­w–Ber­lin, a w wy­szu­ki­wa­niu ta­nich lo­tów je­stem wjąt­ko­wo kiep­ska, więc do­jazd to praw­dzi­wy kosz­mar, ale prze­cież na­pi­sa­łam wy­żej coś o do­brym to­wa­rzy­stwie i roz­sąd­nej ce­nie. Zwłasz­cza, że o Typo Ber­lin ma­rzy­łam od daw­na.

Im­pre­za trwa­ła trzy dni plus do­dat­ko­wa atrak­cja dnia czwar­te­go, już po za­koń­cze­niu kon­fe­ren­cji, ale o tym za­raz.



Przeróżne dostępne atrakcje
W czwar­tek po przy­jeź­dzie by­łam po­twor­nie zmę­czo­na (zna­cie to uczu­cie, kie­dy wy­sia­da­cie w go­rą­cy dzień z po­cią­gu po pię­ciu go­dzi­nach po­dró­ży i ma­cie po­czu­cie, że tyl­ko zim­ny prysz­nic mo­że was ura­to­wa­ć?), więc po­zwo­li­łam so­bie na za­spo­ko­je­nie bar­dziej pod­sta­wo­wych po­trzeb, przez co ominęły mnie pierw­sze wy­kła­dy, m.in otwie­ra­ją­ce wy­stą­pie­nie Kena Gar­lan­da, któ­ry po­ka­zy­wał du­żo uro­czych zwie­rzą­tek. Ale nic stra­co­ne­go: wszyst­kie wy­stą­pie­nia z hali głów­nej moż­na zna­leźć na stro­nie Ty­po Talks.

Sta­ra­łam się oszczę­dzać si­ły i wy­bie­rać tyl­ko rze­czy, któ­re mnie na­praw­dę in­te­re­so­wa­ły. Po­zo­sta­ły czas spę­dza­łam w ku­lu­arach, gdzie dzia­ło się na­praw­dę spo­ro: ku­si­ło sto­isko z książ­ka­mi (u­da­ło mi się unik­nąć ku­pie­nia cze­go­kol­wiek, ale to tyl­ko dla­te­go, że ktoś zwi­nął ostat­ni eg­zem­plarz Hand to Type, na któ­ry się cza­iłam), gu­mo­we stem­pel­ki do dru­ku na ko­szul­kach Tho­ma­sa Ma­ie­ra za­pew­nia­ły dłu­gie go­dzi­ny roz­ryw­ki (po ja­kimś cza­sie ogar­nę­łam pro­ces na tyle, że mo­głam po­ma­gać w dru­ko­wa­niu in­nym) i wresz­cie pra­sa z drew­nia­ny­mi czcion­ka­mi Eri­ka Spi­ker­man­na, któ­ra by­ła jed­nym z naj­bar­dziej ob­le­ga­nych miejsc.



Wystąpienia na duży plus
Wśród sta­ran­nie wy­bra­nych prze­ze mnie punk­tów pro­gra­mu w pierw­szym dniu zna­la­zło się wy­stą­pie­nie Har­ry­’e­go Kel­le­ra, któ­ry jest de­we­lo­pe­rem dla @e­den­spi­ker­mann. Jak pod­su­mo­wał to je­den z twe­etów ozna­czo­nych ofi­cjal­nym ha­sh­ta­giem #ty­po­13 – naj­lep­szym wy­stą­pie­nie pierw­sze­go dnia na­le­ża­ło nie do pro­jek­tan­ta, ale do de­we­lo­pe­ra. Har­ry po­ka­zy­wał, jak ko­niecz­na jest współ­pra­ca gra­fi­ka z pro­gra­mi­stą i jak wy­glą­da ide­al­ny work­flow. Za­chę­cał też do za­po­zna­nia się z pod­sta­wa­mi pro­gra­mo­wa­nia, ale w od­róż­nie­niu od po­zo­sta­łych tego typu za­chę­ca­czy nie po­zo­sta­wił swo­jej pu­bli­ki je­dy­nie z na­ka­zem „idź i pro­gra­muj” ale szyb­ko i atrak­cyj­nie przed­sta­wił na­rzę­dzia, któ­re za­pew­nią ła­twy start i po­mo­gą w po­ko­na­niu stra­chu przed sie­cią.

Chy­ba mo­ją ulu­bio­ną ka­te­go­rią by­ły wy­stą­pie­nia spod zna­ku port­fo­lio talks. An­tho­ny Bur­r­hill opo­wia­dał z hu­mo­rem (naj­lep­szym, bo an­giel­skim) o od­kry­ciu pra­cow­ni dru­kar­skiej peł­nej drew­nia­nych kloc­ków w ma­łej miej­sco­wo­ści w An­glii, do któ­rej się prze­pro­wa­dził, i o po­szu­ki­wa­niu po­dob­nych miejsc na świe­cie. Po­ka­zy­wał efek­ty współ­pra­cy z dru­ka­rza­mi, co da­wa­ło cie­ka­wy ob­raz tego, jak róż­no­rod­ne efek­ty mo­że dać wy­ko­rzy­sta­nie bar­dzo prze­cież zbli­żo­ne­go ma­te­ria­łu dru­kar­skie­go (hi­pis z Los An­ge­les dru­ku­je zu­peł­nie ina­czej niż sta­tecz­ny Bry­tyj­czyk).

Si­mon Man­chipp po­ka­zał nam kota, któ­re­go wła­ści­ciel ko­chał tak bar­dzo, że kie­dy zwie­rzę zmar­ło, wła­ści­ciel zmie­nił je w he­li­kop­ter. Po co po­ka­zy­wać ta­kie rze­czy na kon­fe­ren­cji o pro­jek­to­wa­niu? Si­mon udo­wad­niał w ten spo­sób te­zę, że war­to ro­bić rze­czy dziw­ne i na prze­kór usta­lo­nym ka­no­nom. „Na­wet je­śli nie za­pa­mię­ta­cie nic in­ne­go z mo­je­go wy­stą­pie­nia, za­pa­mię­ta­cie to” – mó­wił, wska­zu­jąc na zdję­cie kota. Się­gnął też po po­waż­niej­sze przy­kła­dy i ar­gu­men­ty. Za­pre­zen­to­wał m.in. iden­ty­fi­ka­cję afry­kań­skich li­nii lot­ni­czych, któ­ra dzię­ki mo­ty­wo­wi prze­wod­nie­mu (pa­pu­ga) i ży­wej ko­lo­ry­sty­ce po­zy­tyw­nie wy­róż­nia się na tle czer­wo­no­-nie­bie­skich lo­go­ty­pów in­nych li­nii lot­ni­czych (se­rio, wpisz­cie air­li­nes logo w Go­ogle Ima­ges i zo­bacz­cie, jaka es­te­ty­ka do­mi­nu­je). Tym jed­nym przy­kła­dem Si­mon udo­wod­nił, że iden­ty­fi­ka­cja wi­zu­al­na to nie­ko­niecz­nie opa­sła książ­ka tłu­ma­czą­ca za­wi­ły grid. To tak­że (a ra­czej przede wszyst­kim) ze­staw przy­dat­nych i roz­po­zna­wal­nych ele­men­tów.

Max Ku­eh­ne i Ca­ro­lin Rau­en z Pa­per­lux przy­wró­ci­li mi wia­rę w pa­pier (mo­gły nią za­chwiać wy­stą­pie­nia zwią­za­ne z no­wy­mi me­dia­mi, któ­rych też nie za­bra­kło). Ich pra­cow­nia pro­jek­to­wa łą­czy kre­ację z pro­duk­cją. Nie mu­szą się zma­gać z dru­kar­nią, któ­ra stwier­dzi „nie da się tego zro­bić”. Za­miast tego sami mo­gą eks­pe­ry­men­to­wać, co po­zwa­la im na bar­dzo ory­gi­nal­ne pro­jek­ty. Wy­star­czy przyj­rzeć się ich re­ali­za­cjom (po­le­cam szcze­gól­nie okład­ki dla No­vum i pa­kiet dru­ków na chrzest luk­su­so­we­go li­niow­ca Ms Eu­ro­pa 2) i li­ście klien­tów (A­le­xan­der McQu­een, Her­mes, Gol­den Ca­me­ra), że­by uwie­rzyć, że ta­kie po­dej­ście się opła­ca.

Jed­nym z naj­lep­szych wy­stą­pień na­le­ża­ło do Kate Mo­ross, 27-let­niej Bry­tyj­ki o ko­lo­ro­wych wło­sach z gi­gan­tycz­nym za­pa­sem ener­gii. Zu­peł­nie mi nie pod­ro­dze z pun­ko­wą es­te­ty­ką, z któ­rej wy­wo­dzi się pro­jek­tant­ka, jesz­cze mniej mam wspól­ne­go z ty­pem zle­ceń, któ­rych się po­dej­mu­je (wi­de­okli­py, wi­zu­ali­za­cje, aran­ża­cja prze­strze­ni). In­te­re­su­ją­cy był jed­nak styl pra­cy, któ­ry Kate za­pre­zen­to­wa­ła. Punk­tem wyj­ścia by­ło stwier­dze­nie, że nie mu­si­my wszyst­kie­go wie­dzieć od po­cząt­ku, że na­sze umie­jęt­no­ści nie mo­gą nas ogra­ni­czać. Każ­dy pro­jekt to nowe wy­zwa­nie i tak na­praw­dę trze­ba na­uczyć się, jak je zre­ali­zo­wać. Wi­sien­ką na tor­cie był je­den z ostat­nich slaj­dów. Kate wy­świe­tli­ła krót­ką i pro­stac­ką ani­ma­cję przed­sta­wia­ją­cą fla­gę po­wie­wa­ją­cą na pa­gór­ku – je­den z tu­to­ria­li, któ­ry zro­bi­ła, ucząc się Ci­ne­ma 4D. Ile od­wa­gi i dy­stan­su do sie­bie po­trze­ba, że­by tak otwar­cie przy­zna­wać się do swo­ich nie­do­sko­na­ło­ści! To by­ło ogrom­nie in­spi­ru­ją­ce.

Narzekanie
Nie na wszyst­kie wy­sta­pie­nia re­ago­wa­łam jed­nak rów­nie en­tu­zja­stycz­nie. Ne­vil­le Bro­dy wy­wo­łał u mnie sen­ność, Ann Bes­se­mans (k­tó­ra mó­wi­ła o rze­czy waż­nej i wy­da­wa­ła się ze wszech miar sym­pa­tycz­na) by­ła jak wy­ję­ta z bar­dzo po­waż­nej na­uko­wej kon­fe­ren­cji, ja­kie pa­mię­tam z cza­sów stu­diów fi­lo­lo­gicz­nych, i wrzu­co­na mię­dzy show­me­nów ni­czym z TED Talks, a Jes­si Walsh słu­cha­ło mi się trud­no, bo po pro­stu nie prze­pa­dam za stu­diem Sag­me­ister & Walsh.

Atmosfera
Kon­fe­ren­cje tego typu ma­ją też faj­ną at­mos­fe­rę, któ­ra wła­ści­wie zno­si róż­ni­cę po­mię­dzy pro­jek­tan­ta­mi­-fej­mu­sa­mi a ma­lucz­ki­mi ludź­mi. Moż­na po­dejść do wła­ści­wie każ­de­go, po­roz­ma­wiać czy na­wet po­ka­zać swo­je pra­ce. Dla mnie Ty­po­ Ber­lin by­ło oka­zją, że­by po­znać Mar­ti­nę FlorGiu­sep­pe Sa­ler­no, au­to­rów świet­nej ini­cja­ty­wy Let­te­ring vs. Cal­li­gra­phy.

Inne aktywności i rower
Ogrom atrak­cji spra­wił, że nie mia­łam wła­ści­wie cza­su na zre­ali­zo­wa­nie mo­je­go pla­nu po­bocz­ne­go, któ­ry obej­mo­wał od­wie­dze­nie mnó­stwa mu­ze­ów i kul­tu­ral­nych in­sty­tu­cji. Ogra­ni­czy­łam się więc do spa­ce­ru po Pren­zlau­er Berg i przy­sło­wio­we­go po­ca­ło­wa­nia klam­ki w ga­le­rii Mota Ita­lic (o­bie­cu­ję so­bie od­wie­dzić ich w do­god­niej­szym ter­mi­nie).



W nie­dzie­lę do­łą­czy­łam do wy­ciecz­ki ro­we­ro­wej pod prze­wod­nic­twem Eri­ka Spi­ker­man­na, Jür­ge­na Sie­ber­ta i in­nych prze­wod­ni­ków. Przyj­rze­li­śmy się iden­ty­fi­ka­cji wi­zu­al­nej trans­por­tu miej­skie­go w Ber­li­nie, uli­cy pra­so­wej, nie­le­gal­nym ak­cjom w Kreu­zberg i ty­po­gra­fii Ber­li­na wschod­nie­go. Pro­sto z wy­ciecz­ki mu­sia­łam już pę­dzić na po­ciąg. Po­zo­sta­je mi ma­rzyć tyl­ko, że i w przy­szłym roku uda mi się wy­brać do Ber­li­na w rów­nie atrak­cyj­nych oko­licz­no­ściach.

piątek, 24 maja 2013

Photo Fringe: Polaroid Gigante

Moja re­la­cja z fo­to­gra­fią jest trud­na. O ile wie­le gra­ficz­nych spo­so­bów wy­ra­zu ła­pię bez więk­sze­go pro­ble­mu, o tyle z fo­to­gra­fią mam pro­blem. Pró­bu­ję się na­uczyć, ale nie wy­cho­dzi. Moim ostat­nim od­kry­ciem jest lomo, któ­re po­zwa­la mi wresz­cie spu­ścić z tonu, prze­stać uwa­dać, że po­tra­fię zro­bić mo­ją lu­strzan­ką wy­bit­ne fo­to­gra­fie, a za­cząć po pro­stu utrwa­lać wspo­mnie­nia.

Dla­te­go za­in­te­re­so­wa­ła mnie wy­sta­wa Po­la­ro­id Gi­gan­te w ra­mach pierw­szej edy­cji Kra­ków Pho­to Frin­ge. Czu­ję, że Po­la­ro­id to ma­szyn­ka, z któ­rą mo­gła­bym się za­przy­jaź­nić. A jed­nak zdję­cia wy­sta­wio­ne w ga­le­rii A1 (ul. Ka­no­ni­cza 1, pro­sto, w lewo i po schod­kach w dół) da­le­kie są od ama­torsz­czy­zny. Ma­ją wa­lor do­ku­men­ta­cyj­ny w tym sen­sie, że bar­dzo sil­nie sku­pia­ją się na obiek­tach. W przy­pad­ku zdjęć Che­my Ma­do­za czy przy­po­mi­na­ją­cych przed­sta­wie­nia mar­twej na­tu­ry ni­czym spod pędz­la ni­der­landz­kich mi­strzów fo­to­gra­fii Ma­nu­ela Vi­la­ri­no czy wresz­cie igra­ją­cych z gra­wi­ta­cją pra­cach Ouki Le­ele fi­zycz­ność, na­ma­cal­ność obiek­tów jest na pierw­szym pla­nie. Jed­nak oświe­tle­nie i kom­po­zy­cja, choć cza­sem uda­ją przy­pad­ko­we, są pie­czo­ło­wi­cie usta­wio­ne.



Kie­dy zo­ba­czy­łam te zdję­cia w po­tę­znym for­ma­cie (50x60 cm) ze wspa­nia­łym świa­tłem (Ma­doz, Vi­la­ri­no) ge­nial­ną pra­cą z mo­de­lem (Ri­car­do Mar­tin) czy in­try­gu­ją­cą fak­tu­rą (Ro­ber­to Chi­char­ro) za­czę­łam się za­stan­wiać, jak moż­na osią­gnąć taki efekt tak ma­łym apa­ra­ci­kiem. I przede wszyst­kim: jak z cze­goś tak ma­łe­go dru­ko­wać tak wiel­kie od­bit­ki? Szyb­ka kwe­ren­da zmie­ni­ła moje na­sta­wie­nie. Apa­ra­cik nie jest ma­ły. Jest gi­gan­tycz­ny. W pew­nym sen­sie przy­po­mi­na pierw­szy kom­pu­ter. Po­dob­no jest ich tyl­ko pięć na świe­cie. Je­den z nich jest w po­sia­da­niu no­wo­jor­skie­go stu­dia, któ­re swo­ją na­zwę wzię­ło wła­śnie od wy­mia­rów od­bi­tek. Do No­we­go Jor­ku da­le­ko, ale wy­sta­wę moż­na obej­rzeć bli­sko, w Kra­ko­wie jesz­cze przez kil­ka dni.

Foto: l.amont (Flickr)

Polaroid Gigante 50x60
Galeria A1 Inst. Hist. Arch. i Kons. Zab. PKWA
ul. Kanonicza 1
07.05–31.05

piątek, 21 grudnia 2012

Plakaty nieistniejących filmów

Kil­ka ty­go­dni temu od­wie­dzi­łam ga­le­rię Zna­czy Się, gdzie od­by­wał się wer­sni­saż pla­ka­tów Kuby So­wiń­skie­go po­łą­czo­ny z pro­mo­cją książ­ki, na po­trze­by któ­rej rze­czo­ne pla­ka­ty stwo­rzo­no. Hi­sto­ria nie­by­ła kina PRL pro­fe­so­ra Lu­bel­skie­go, bo o tę książ­kę cho­dzi, to zbiór opo­wie­ści o fil­mach, któ­re mia­ły po­wstać.

W trak­cie spo­tka­nia pro­fe­sor wspomniał kil­ka aneg­dot, m.in. o al­ter­na­tyw­nych sce­na­riu­szach na pod­sta­wie Po­pio­łu i dia­men­tu­ An­drze­jew­skie­go i o wiel­kiej ko­pro­duk­cji pol­ski­-fran­cu­skiej, któ­ra nie do­szła do skut­ku, bo tuż przed wy­lo­tem ogło­szo­no stan wo­jen­ny. Do wszyst­kich fil­mów, któ­re pro­fe­sor opi­sał w swo­jej książ­ce, Kuba So­wiń­ski zro­bił pla­ka­ty. Że­by utrud­nić so­bie pra­cę po­sta­no­wił nie tyl­ko na­śla­do­wać styl epo­ki, ale i kon­kret­nych twór­ców (m.in. Sta­ro­wiey­skie­go) pró­bu­jąc wy­obra­zić so­bie, któ­re­mu gra­fiko­wi po­wie­rzo­no­by da­ną pra­cę. Mo­ją szcze­gól­ną uwa­gę zwró­cił pla­kat fil­mu, któ­ry miał być po­świę­co­ny Kor­cza­ko­wi – mi­ła od­mia­na po kiep­skich pro­jek­tach, któ­re mia­ły fir­mo­wać rok po­świę­co­ny temu pe­da­go­go­wi. Kuba So­wiń­ski do pla­ka­tu do­dał hi­sto­rię: pod­czas pra­cy nad nim za wzór pro­filu ob­rał na­ło­żo­ne na sie­bie zdję­cia Kor­cza­ka i ak­to­ra, któ­ry mógł­by go za­grać.

Trze­ba wresz­cie wspo­mnieć, że na­zwi­sko gra­fika nie jest w książ­ce szcze­gól­nie eks­po­no­wa­ne, dzię­ki cze­mu moż­na mieć złu­dze­nie, że pla­ka­ty fak­tycz­nie po­wsta­ły w PRL-u. Ba, zgod­nie z re­la­cją pro­fe­so­ra Lu­bel­skie­go nie­któ­rzy już się na to na­bra­li!





środa, 14 listopada 2012

Notes w traktory

Je­stem praw­dzi­wą szczę­ścia­rą, bo na Tar­gach Wie­dzy Gra­ficz­nej, któ­re od­by­ły się dwa ty­go­dnie temu w War­sza­wie (zac­na im­pre­za), uda­ło mi się do­stać na warsz­ta­ty z Faj­ny­mi Chło­pa­ka­mi (to ci, co sto­ją za mar­ką Pan tu nie stał).

Program gło­si­ł, że te­ma­tem jest „vin­ta­ge prin­ting”. W prak­ty­ce oka­za­ło się, że cho­dzi o dwie tra­dy­cyj­ne me­to­dy – si­to­druk i hot stam­ping. Uczest­ni­cy warsz­ta­tów po­zna­wa­li je w trak­cie pro­duk­cji wła­sne­go no­te­su. Si­to­druk urzekł mnie na tyle, że roz­wa­żam pro­wa­dze­nie dal­szych eks­pe­ry­men­tów na wła­sną rę­kę. Na warsz­ta­tach na­uczy­łam się przede wszyst­kim, jak istot­ne w tej tech­ni­ce jest od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie ma­try­cy. Na trak­to­rach (fot­ka po­ni­żej) bar­dzo wy­raź­ny jest efekt ra­stra. Pro­ble­mu tego nie by­ło z dru­ka­mi, któ­re opie­ra­ły się na mniej skom­pli­ko­wa­nych wzo­rach, któ­re mia­ły tak­że i ten plus, że dziur­ki w fo­lii o wie­le mniej się za­py­cha­ły.

Po przy­go­to­wa­niu si­to­dru­ko­wej we­wnętrz­nej stro­ny okład­ki me­to­dą hot stam­pin­gu tło­czy­li­śmy stro­nę ze­wnętrz­ną. Faj­ne Chło­pa­ki wy­ja­śni­ły, że od­bit­ka mo­że być nie­do­sko­na­ła (fo­lia czę­sto przy­le­pia­ła się do ma­try­cy albo sła­bo od­bi­ja­ła), ale to nie szko­dzi, bo kon­wen­cja i do­bór ma­te­ria­łu (sza­ra tek­tu­ra) po­zwa­la­ją te nie­do­sko­na­ło­ści wy­ba­czyć. Ina­czej by­ło­by, gdy­by­śmy dru­ko­wa­li na pa­pie­rze kre­do­wym, bo on wy­ma­ga dru­ku wy­so­kiej ja­ko­ści.

Na ko­niec zszy­wa­li­śmy blok i okład­kę zna­ną mi już me­to­dą na trzy dziur­ki. Co mnie jed­nak za­sko­czy­ło, to zro­bie­nia dziu­rek wy­ko­rzy­sta­li­śmy… wier­tar­kę. Po­tem gi­lo­ty­na, przy­ci­na­nie ro­gów, do­cze­pia­nie gum­ki i vo­ila.





środa, 18 lipca 2012

Dodo i Cudowne dzieci

Naj­pierw zo­ba­czy­łam ich książki na wy­sta­wie Over­de­si­gned w ga­le­rii Zna­czy się. Po­tem ko­lo­ro­we okład­ki i nie­zwy­kłe grzbie­ty uwo­dzi­ły mnie w księ­gar­ni. W koń­cu do­sta­łam na uro­dzi­ny „Cu­dow­ne dzie­ci” Ja­cob­se­na. A te­raz je­stem o krok od klik­nię­cia w przy­cisk „do­daj do ko­szy­ka” na stro­nie Dodo Edi­tor, że­by za­mó­wić ko­lej­ne ich książ­ki. Bo Ja­cob­sen był nie tyl­ko ślicz­ny, ale i na­praw­dę do­bry.



Ak­cja „Cu­dow­nych dzie­ci” roz­gry­wa się w Oslo (a wła­ści­wie w jed­nym z jego miast sa­te­lic­kich – bo tak się tłu­ma­czy dra­bant­by, jak się dzię­ki tej książ­ce do­wie­dzia­łam) a wszyst­kie książ­ki, któ­re się tam dzie­ją ma­ją u mnie już plu­sa na wstę­pie. To jest dziw­na opo­wieść o dziw­nych lu­dziach. Albo ina­czej – o kształ­to­wa­niu się nor­my, o tym, co po­strze­ga­my jako nor­mal­ne. Punkt wi­dze­nia dziec­ka po­zwa­la na bar­dzo bez­po­śred­nie, po­zba­wio­ne uprze­dzeń po­dej­ście do te­ma­tu. Jest to też książ­ka o do­ra­sta­niu i o do­świad­cze­niach, któ­re czło­wie­ka w tym okre­sie kształ­tu­ją. Słod­ko gorz­ka, do­brze wy­wa­żo­na, nie po­pa­da­ją­ca za­nad­to ani w po­etyc­kość opi­su, ani w su­chość po­li­cyj­ne­go ra­por­tu.

Pro­jekt jest bar­dzo od­waż­ny – ty­po­gra­ficz­na okład­ka to nie tyl­ko za­jaw­ka tego, co w środ­ku. To po­czą­tek pierw­sze­go roz­dzia­łu. Ku­pi­łam ten za­bieg od razu: czy­tel­nik się­ga po książ­kę, za­czy­na czy­tać, co jest na okład­ce i już nie mo­że się ode­rwać. Nie­zwy­kły grzbiet, któ­ry po­ka­zu­je „w­nętrz­no­ści” opra­wy to na­praw­dę wy­god­na rzecz. Po­mi­mo tego, że okład­ka jest mięk­ka, to książ­kę otwie­ra się bar­dzo do­brze, stro­ny się nie za­my­ka­ją i książ­ka raz roz­ło­żo­na tak już bę­dzie le­żeć, do­pó­ki nie prze­rzu­ci­my ko­lej­nej stro­ny. Mój eg­zem­plarz jest też do­syć uda­ny, bo nie ma na grzbie­cie zbyt wie­lu gru­dek kle­ju. Dru­kar­nia Kno­wHow na­praw­dę wie, co robi.



poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Znaczy się wystawa? #3

Przedostatnia wystawa w Fundacji ZNACZY SIĘ przed jej zam­knięciem na wakacje związana była z czeskim dizajnem. Książki tam prezentowane można było oglądać tylko tego jednego dnia, później ruszały w dalszą podróż. Czeskie projektowanie ma w bran­ży status niemal legendarny (pamiętacie wpis Johna Boardley'a na ILT?). O wystawie nie ma sensu się szerzej rozpisywać: jak zwykle dobrze zorganizowana przestrzeń i tematyczny bufet. Jedyne, czego brakowało, to większa ilość białych rękawiczek, żeby można swobodnie przeglądać książki. A jeśli o książkach mowa, to dwójka moich faworytów:



Różne papierowe zjawiska były też elementem dekoracyjnym i pałętały się po całej wystawie. Nic szczególnie trudnego (gołębia też potrafię zrobić), ale wyglądało naprawdę dobrze.





I faworyt numer dwa (skojarzenia z moim „Artes”!):


środa, 28 lipca 2010

22. Biennale Plakatu

Mający już blisko pół wieku konkurs obejmuje nagrody w pięciu kategoriach (plakat ideowy, promujący kulturę, reklamowy, debiu­tancki i kategoria specjalna), ale z mojego punktu widzenia podział ten nie ma znaczenia, bo nie wyróżnia takich kategorii, jak plakat graficzny i typograficzny.

Pierwsze, co mnie uderzyło, kiedy weszłam do wilanowskiego Muzeum Plakatu to niesamowity natłok bodźców. Krótko mówiąc, przestrzeń wystawiennicza jest za mała dla tak dużej ilości pla­katów, a do tego jeszcze została w mało komfortowy sposób przystosowana. Prezentowane prace zajmują niemal całą po­wierzch­nię ścian – od sufitu do około pół metra nad ziemią. W efekcie utworzyły się kolumny złożone z 3–4 plakatów. Wszystko ułożone ciasno i dopasowane jak puzzle. Nie dość, że poszczególne prace nie mogły złapać oddechu, przytłoczone przez kolory i kształty napierające ze wszystkoch stron, to dodatkowo jeszcze plakaty powieszone wyżej były zwyczajnie słabo widoczne, a tekst z wykorzystaniem mniejszego stopnia pisma był niemal zupełnie nieczytelny. Nieco więcej przestrzeni miały plakaty, które wywie­szono na poziomie antresoli –choć wyeksponowano je w sposób nudny, bo w linii i pojedynczo, to ich odbiór był znacznie łatwiejszy.




Ze względu na moje dosyć wyraźnie ukierunkowane zainte­reso­wania, część plakatów była mi w dużej mierze obojętna. Z prac wskazanych przez jurorów na kolana rzucił mnie tylko Złoty Medal w kategorii reklamowej („Buttonfly”). Wielka mucha zbudowana z błyszczących (efekt nie do oddania na zdjęciu) guzików. Nic zaska­kującego, w końcu na biennale mamy do czynienia z prawdzi­wymi gigantami plakatu – ta praca jest autorstwa Stefana Sagmeistera, znanego pewnie w dużej mierze z kontrowersyjnych publikacji autobiograficznych „Tings I Have Learned In My Life So Far” inbsp;„Made You Look„.



Były też wielkie polskie nazwiska, jak Pluta czy Majewski, ale z przykrością stwierdziłam, że żaden z plakatów tego pokolenia nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Od strony technicznej przykuwają uwagą jakąś szlachetnością i surowością, ale nie mogę się ciągle oprzeć wrażeniu, że ta estetyka już mi się znudziła, że to już było tyle razy (a mówię to ja, miłośniczka typograficznych staroci, nekrofil niemal!).



Odniosłam też wrażenie, że ogólnie najlepsze plakaty pojawiły się w kategorii „kultura” – zwłaszcza plakaty teatralne (choć akurat te wybrane przez jurorów mogłyby sugerować coś innego, jeśli idzie o mój gust). Sporo było też autotematyzmu – plakatów o wys­ta­wach plakatów czy o robieniu plakatów. (Świetny „Poniedziałek”, który przypomniał mi o tym komiksie i tym uroczym filmiku Jacques'a Khouri.) Tu jestem już chyba blisko truizmu, że najlep­sze są te prace, których tematykę autor zna dobrze. Zatem czas się wycofać.

Na koniec. Nie mogło się obyć bez klasycznych sucharów typo­graficznych – pojawił się plakat z hasłem z Alana Fletchera: „Helvetica is to typeface as Toblerone is to chocolate”. Żeby jednak nie było  sucho, plakat dowcipny:

niedziela, 9 maja 2010

TypOslo #2

Z małej wystawy przy dziale dziecięcym w ulubionej bibliotece Tulika. Książki dla dzieci plus zwierzątka z papieru to doskonałe połączenie!





Strasznie zabawny jest dla mnie fakt, że „og” to po norwesku „i”. Pewnie dlatego cieszy mnie ta okładka:



Przy okazji, skoro już mowa o rzeźbach z papieru, warto zerknąć na projekt „Paper Sculptures” Stephena Doyle. Tu rozmowa o projekcie i kilka świetnych fotek: klik. Zajawka:


piątek, 16 kwietnia 2010

Znaczy się wystawa? #2

Raport dla emigrantek. Wernisaż w fundacji razem z Aldoną i początkowo niechętnym Dominikiem. Nie było książek. Były kosztulki. Niestety, nie na sprzedaż.

Już sama aranżacja wystawy urzekała – na ścianie znalazłam ligaturę „ffi”! Urzekał też bufet (na życzenie udostępniam zdjęcia Dominika pijącego wódkę).




Na koszulkach przede wszystkim gościli klasycy. Hołd dla wielojęzyczności Plantina, miar Didota i Bodoniego.





Było kilka klasycznych typofilskich sucharów. Dla drugiego zdjęcia kontekstem obligatoryjnym jest Font Conference, rzecz jasna. Do drugiego muszę dodać cytat z „Miasta szaleńców i świętych”, aby suchar stał się stekiem: Łączy ona [czcionka] w sobie szorstki i chro­powaty charakter twardego steku połączo­ny ze strukturą ziemniaka; jej kamienny i uparty bukiet miesza się z wilgotną fakturą.

Nienawidzę ziemniaków, mięsa też nie jem.




Kilka koszulek zdawało się być wprost z dedykacją: Tomaszewscy (dla Pani Promotor oczywiście), Półtawski, Morris i Mistrz Leon (choć czuję się nieusatysfakcjonowana tą koszulką: brak buraka i – o zgrozo! – spacje przy pauzie między liczbami).






Futurę też miałam ochotę przeprojektować, bo choruję na zes­tawienie light+bold. Choć niektórzy twierdzą, że to passe... Za to kroje na znakach drogowych! Każdy kto widział „e” na polskich może już umierać z zazdrości.




Na zakończenie: