Delibrium  ❦ 
blog Kariny Graj poświęcony książkom, drukarstwu oraz rzeczom pięknym. Z wyraźnym upodobaniem do typografii klasycznej oraz rzemiosła.

niedziela, 6 maja 2012

Amber book of pointers

Zwykle segreguję książki tematycznie: słowniki ze słownikami, osobno dizajn, osobno komiksy, osobno książki norweskie. Mimo to czasem uda­je się jakiejś pozycji zgubić, zaplątać wśród obcych, a potem spra­wić mi niespodziankę, wychodząc na światło dzienne w najmniej ocze­ki­wa­nym momencie. Tak było z Amber book of pointers – broszurą re­kla­mo­wą i wzornikiem Arctic Paper sprzed dobrych paru lat. Ksią­żecz­ka oprócz tego, że pokazuje, jak zachowują się dane kolory i rodzaje uszla­chet­nień na reklamowanym papierze, jest też ciekawa graficznie i zwy­czaj­nie zabawna. Chyba postawię ją wśród komiksów.

The Tie Pointer. A pointer that not only points, but can also censure selected parts of an image – with the help of a small puff of wind.

The Black Fence Pointer. A pointer that often works in a group. Can point to a lost glove or a bird in a flight, for example.

Dodatek tematyczny: Inną serią strzałek znajdujących się w moim posiadaniu są kupione w Akademice zakładki do książek.

poniedziałek, 19 marca 2012

Jak zostać dizajnerem, czyli wszyscy jesteśmy ludźmi

Nigdy nie zdarzyło mi się otworzyć przed klientem teczki z projektami bez mocnego poczucia, że mam niedostateczne kwalifikacje.

– pisze Adrian Shaughnessy w wydanej właśnie przez Karakter książce Jak zostać dizajnerem i nie stracić duszy. Miód na moje serce.

Właśnie dzięki takim szczerym wyznaniom, przykładom rodem z Cli­ents from Hell oraz ironicznemu poczuciu humoru książkę tę pochłania się w dwa popołudnia, myśląc na każdym kroku: ktoś mnie rozumie! to o mnie! Nie bez znaczenia jest tu też odważne, żywe tłumaczenie Da­riu­sza Żukowskiego.

Zgodnie z zapowiedzią we wstępie nie ma w tym podręczniku ani słowa ani o zalewkowaniu, ani o wyższości Helvetiki nad Bodonim (!). Jest za do życie projektanta od podszewki.

Shaughnessy daje mnóstwo porad (jak konstruować i prezentować port­folio, kogo zatrudnić w biurze projektowym etc.), ale od porad waż­niej­sze są objaśnienia, dlaczego właśnie tak. Te zaś można streścić w nas­tę­pujący sposób: wszyscy jesteśmy ludźmi i łatwiej będzie się nam pra­co­wać, jeśli odnajdziemy jasny sposób komunikacji i będziemy szanować nawzajem swój czas. Niby oczywiste, a jednak pozwala uświadomić sobie opozycję klient-projektant, którą często tworzymy, i zastąpić ją modelem wspólnego działania na rzecz rozwiązania problemu.

Taki model ma pozwolić też na uratowanie swojej duszy, czyli za­cho­wanie pewnych zasad wiążących się z ekologią czy estetyką, które rządzą naszymi decyzjami projektowymi. Shaughnessy pokazuje, że konkretna firma może przyjąć jakąś bardzo określoną filozofię i mimo to utrzymać się na rynku.

Wszystkie te ogólne zasady znajdują potwierdzenie w przykładach prac konkretnych projektantów, wywiady z którymi znajdują się na końcu książki.

Nigdy nie czytałam bardziej życiowej publikacji o dizajnie.

niedziela, 11 grudnia 2011

Skandynawskie baśnie

Zanim jeszcze spadł śnieg, na chodnikach stały stoliki z książkami po obniżonych cenach (bardzo lubię okolicę, w której mieszkam, za dużą ilość księgarń i antykwariatów). Na jednym z takich stoisk znalazłam piękną książkę w kwadracie z baśniami ilustrowanymi przez Johna Ba­uera, Szweda znanego właśnie z ilustrowania baśni, w cenie 40 koron (czyli dwóch tabliczek czekolady, połowy piwa albo dwóch bochenków dobrego chleba). Stanęłam na chodniku, otwarłam książkę i zaczęłam czytać. Przeczytałam wstęp i zrozumiałam każde słowo. W tym mo­men­cie postanowiłam kupić tę książkę.

Ilustracje są porywające, baśnie o trollach i księżniczkach – takie, jakich można się spodziewać po Skandynawii, wydanie – niemal bibliofilskie.

Historia samego Johna Bauera jest dosyć smutna. Od dzieciństwa dużo rysował i biegał po lesie, miał piękną żonę i synka, zginął tragicznie i mło­do, tonąc na przeciążonej łodzi. Zostały po nim piękne ilustracje.

Tak mało światła o tej porze roku, że trudno znaleźć dobry moment w cią­gu dnia na zrobienie zdjęć. Ale coś tam się chyba udało.